Featured

#1 Jak zostałam pilotem F.20? Od autostygmatyzacji do nowej tożsamości!

To był rok 2012. Dokładnie końcówka roku, bo zima. Siedziałam sobie spokojnie w szpitalu psychiatrycznym, gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia i wtedy to się stało. Ni stąd ni zowąd dostałam licencję na mój nowy odrzutowiec!

Nigdy wcześniej nie latałam, więc było to wielkie zaskoczenie. Lekarz zaprosił mnie na kilkuminutową pogawędkę o tym czy zdaje sobie sprawę z tego jak to jest „latać odrzutowcem”. Powiedział parę słów na temat statystyk młodych tak jak ja pilotów ( z którymi się zresztą z marszu nie zgadzałam). Powiedział, że tacy piloci powinni brać leki (ściślej przepisane mi po raz pierwszy w życiu psychotropy, których z marszu nie chciałam brać). Powiedział, że tak już jest i musi być (w co z marszu nie chciałam uwierzyć). Jednym słowem powiedział,, że od teraz mam F kropka 20. Brakowało tylko słów: „No to leć!” i „Zobaczymy jak szybko znów Pani u nas wyląduje”

WAŻNE – W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD 11 – skrót F.20 oznacza schizofrenię paranoidalną i o niej tu mowa.

Lądowałam awaryjnie jeszcze trzy razy. Za każdym razem ja i odrzutowiec były całkowicie zdruzgotane i za każdym razem dostawałam z powrotem ten sam samolot, tylko wyklepany nowymi lekami. Ale pilotem zostałam cztery lata później. Po tych czterech, długich jak pas startowy Hartsfield-Jackson Atlanta International Airport, latach w końcu zrozumiałam jak trzymać ster, jak analizować wszystkie kontrolki na kokpicie, jak współpracować z wieżą – słowem jak się nie dać tej maszynie z którą przyszło mi żyć.

Teraz, choć to dziwnie zabrzmi, ale pewnie jest wytłumaczeniem dla powstania tego bloga, moja „efka” jest moim cennym cacuszkiem, które buja w obłokach, wzbija się i opada, omija burze, sprytnie przechodzi przez turbulencje i mam nadzieję da ową nadzieję nie jednej pilotce i niejednemu pilotowi z F.20, czyli całemu 1% polskiego społeczeństwa. 1% który nie zmienia się od wieków, niezależny jest od katastrof i wydarzeń historycznych, społecznych, politycznych, a więc wyjątkowemu 1% fighterów.

Autostygmatyzacja brzmi wybornie, bo przypomina troszkę termin lotniczy. „Auto” niczym „autopilot” i na tej automatyczności podobieństwo się kończy. Z członem „stygmatyzacja” jest już całkiem gorzej. O co zatem chodzi? Automatycznie po otrzymaniu licencji F.20 zostałam pilotem, ale takim co nie wie jak z efką latać. Dodatkowo szeroko rozumiane społeczeństwo polskie, a nawet światowe (sorry za uogólnienie, jeśli ktoś z „normalsów” poczuł się urażony) odczytuje taką licencje jako jedną z największych ujm na godności, honorze i nie wiadomo co tam jeszcze. Nie? No to przypatrzmy się badaniom:

W odbiorze społecznym osoby w kryzysie psych. są niebezpieczne (70%), agresywne (61%), nieprzewidywalne (85%), powinny być izolowane od społeczeństwa (31%).

(Mroczek, 2014)

„W społeczeństwie polskim bardzo powszechne jest postrzeganie osoby z zaburzeniami psychicznymi tylko w kontekście jej choroby, a indywidualne cechy niemal całkowicie znikają z pola widzenia. Na pierwszy plan wysuwa się choroba psychiczna, która definiuje osobę, najczęściej w pejoratywnym sensie, budzącym lęk i niepewność, co wzmacnia negatywny stereotyp. Odczucie lęku w trakcie kontaktu z osobą chorą psychicznie jest czymś „naturalnym” dla osób nieposiadających wiedzy ani doświadczenia w zakresie psychiatrii.”

(Babicki i in., 2018)

To cytaty jedne z tryliarda, które mówią o zjawisku stygmatyzacji w Polsce (o czym zapewne jeszcze nie jeden wpis). Wracając jednak do autostygmatyzacji, rozumianej tutaj jako złe myślenie na własny temat w kontekście posiadania choroby psychicznej, to tak – myślałam o sobie jak o kimś kto nie jest już człowiekiem, a jest chorobą albo po prostu nikim. Nikim ważnym, nikim potrzebnym, nikim przydatnym, nikim wartościowym, nikim mądrym, nikim którego zdanie się liczy, nikim ładnym, nikim, nikim, nikim. Takie myślenie nie zawiodło mnie zbyt daleko. Dystans był krótki, bo od ostrej krawędzi do nadgarstka. Po prostu chciałam zniknąć.

Co zmieniło moje myślenie? Oj tutaj jest tak wiele zdarzeń, ludzi i sytuacji niczym ziarenek piasku na pustyni. Pamiętam jednak pierwszy głos (i nie mam tu na myśli omamów), który do mnie przemówił. Nic dziwnego, że była to książka. Elyn Saks napisała w niej:

„Prawdziwi przyjaciele pomagają nam wytyczać drogę przez życie i kiedy pierwsze niejasne oznaki schizofrenii zaczynały zaburzać moją zdolność jasnego myślenia, Kenny był dla mnie niczym przewodnik po lesie. Idąc ścieżką zarośniętą jeżynami i pełną kamieni, która nagle zaczyna się wić, łatwo zabłądzić, zmęczyć się lub zniechęcić. Może nas nawet kusić, by zupełnie się poddać. Gdy jednak pojawi się jakiś dobry i cierpliwy człowiek i weźmie nas za rękę, mówiąc: „Widzę, że ci ciężko, chodź za mną, pomogę ci odnaleźć drogę”, wtedy kroczenie ścieżką staje się łatwiejsze i mniej przerażające.”

Elyn Saks „Schizofrenia, moja droga przez szaleństwo”

I tak wsłuchałam się w przyjaciół, bliskich. Było wśród nich wiele nowych osób, ponieważ dawni znajomi odeszli, gdy zostałam pilotem. Choroba była papierkiem lakmusowym naszych znajomości. Całe szczęście poznałam innych początkujących i tych bardziej dojrzałych stażem pilotów i… to było coś. Powoli zaczęłam budować swoją nową tożsamość, której efka stała się jedynie częścią. Zrozumiałam, że znaczę więcej niż w tamtej chwili byłam w stanie sama o sobie pomyśleć. Długa to była droga, droga przez szaleństwo…

Pilotujesz swój samolot? A może nigdy nie słyszałeś o F.20? Chętnie odpowiem na Wasze pytania. Zostaw komentarz 😊

Zdjęcie za uprzejmością wspaniałego człowieka, właściciela strony hesja.pl na którą kieruję fanów lotnictwa ❤

_____________________________________________________________________________________

english version:

#1 How did I become an F.20 pilot? From self-stigmatization to a new identity! 
It was 2012. To be precise winter – the end of the year. I was sitting quietly in
a psychiatric hospital, Christmas was approaching, and then it happened. All of a sudden I got a license for my new jet!

I have never piloted before, so it was a great surprise. The doctor invited me for a few minutes chat about whether I realize what it is like to ‘fly a jet’. He said a few words about the statistics of pilots as young as me (which I refusedto agree on the spot). He said that such pilots should take medication (more specifically psychotropic, prescribed to me for the first time in my life, which I completely did not want to take). He said that this is how it is and has to be (which I did not want to believe on the spot). In one word he said, that from now on I have F dot 20. The only missing words was: ‘So fly!’and ‘We’ll see how soon you will land here again…’


IMPORTANT – In the international classification of diseases ICD 11 – F.20 means paranoid schizophrenia and that’s the one we are describing here.

I made an emergency landing three more times. Each time me and the jet were completely devastated and every time I got the same plane back, only hammered out with new drugs. But I became a pilot four years later. After these four years, long as the Hartsfield-Jackson Atlanta International Airport runway, I finally understood how to hold the rudder, how to analyse all the controls on the cockpit, how to cooperate with a flight control tower – in a word, how not to get carried away bythe machine which I had to live with.
Now, although it may sound strange and at the same time is the reason for creation of this blog, my ‘F’ is my precious little thing, which keeps me up in the clouds, soars and falls, avoids storms and smartly passes through turbulence. My hope is to give this confidence to more than one F.20 pilot, which make 1% of whole Polish society. This 1% has not changed for centuries, is independent of disasters and historical, social or political events, and therefore is an exceptional 1% of fighters.
Self-stigmatization sounds excellent because it is a bit like an aviation term. ‘Auto’ like ‘autopilot’but the similarity ends here. With the ‘stigmatization’part things get worse. So what is going on? Automatically after receiving the F.20 license I became a pilot, but one who doesn’t know how to fly this ‘F’. In general, broadly understood Polish and even world society (sorry for the generalization if someone‘normal’ feels offended) regard such a license as one of the greatest discredit of dignity, honour and no idea what else. No? Well, let’s look at the research:
In the social perception people dealing with mental crisis are dangerous (70%), aggressive (61%), unpredictable (85%), they should be isolated from society (31%) (source: Mroczek, 2014).
‘In Polish society, it is very common to see a person with mental disorders only in the context of his illness,while individual characteristics almost completely disappear from eyeshot. To the fore comes mental illness, which defines a person, most often in a pejorative sense, arousing fear and uncertainty and strengthening the negative stereotype. Feeling anxiety when contacting a mentally ill person is something ‘natural’ for people without knowledge or experience in the field of psychiatry.’ (source: Babicki et al., 2018)
These are quotes from one of the trillions, that talk about the phenomenon
of stigmatization in Poland (which I will probably write more about). In return to self-stigmatization, being understood as bad thinking about oneself in the context of having a mental illness, I thought of myself as someone who is no longer a human, but is a disease only or simply nobody. Nobody important, nobody needed, nobody useful, nobody valuable, nobody wise, nobody whose opinion matters, nobody pretty, nobody, nobody, nobody. Such thinking did not lead me far. The distance was short, from the sharp edge to the wrist. I just wanted to disappear.
What was the thing that changed my thinking? Oh, here I can list so many events, people and situations like grains of sand in the desert. However, I remember the first voice (and I do not mean hallucinations) that spoke to me. No wonder it was a book. Elyn Saks wrote in it:
‘True friends help us to pave the way through life, and when the first obscure signs of schizophrenia began to affect my ability to think clearly, Kenny was like a forest guide for me. Following the path overgrown with blackberries and full of stones, which suddenly begins to wind, it’s easy to get lost, get tired
or discouraged. It may even tempt us to give up completely. However, when
a good and patient person appears and takes us by the hand, saying, ‘I see that it’s hard for you, follow me, I will help you find the way’, then walking the path becomes easier and less scary.’

Elyn Saks ‘Schizophrenia, my way through madness’
And so I listened to my friends and relatives. There were many new people among them, because old friends left when I became a pilot. The disease was a litmus paper of our acquaintances. Fortunately, I met other beginners and those more mature pilots and … it was something. Slowly, I began to build my new identity, in which the ‘F’ has become only a part. I realized that I meant more than I was able to think about myself at that time. Long was the way, the path through madness…


Are you piloting your plane? Or maybe you’ve never heard of F.20? I will gladly answer your questions. Leave a comment :).

#38 Flashbacki, czyli o cierpieniu, które lubi wracać

Są takie rzeczy, które większość z nas zna. Coś jak tabliczka mnożenia czy instrukcja przygotowania jajecznicy. Tylko w dużych emocjach, kiedy gotuje się w nas woda uczuć i mózg paruje, zdarza nam się i o tych rzeczach zapomnieć. Pamięć nie jest absolutna i uczucia mają na nią duży wpływ. Szanując ten stan rzeczy, rzucam garść moich wspomnień…

Nikogo tu nie ma. Jestem sama. Ze szczerą zazdrością myślę o tych, którzy właśnie śpią, nieświadomi tych wszystkich zagrożeń, które czyhają nocą. Z godziny na godziny jest we mnie coraz gorzej. To narasta i nie odpuszcza. To dziwne uczucie bycia pod obserwacją. Leżę pod kołdrą. Leżę pod kołdrą już siódmy dzień i noc. A może to już dwa tygodnie? Czas zastygł w nocnej ciszy.

Jest ciepła lipcowa noc. Za oknem cisza i spokój dużego miasta, które teraz udaje wiejską mieścinę. Jedynie poszum ulic przypomina, że jesteśmy w stolicy. Lekka poświata miasta wdziera się do pokoju. Dla wielu mieszkańców, śpiących twardym, błogim snem, to noc zwyczajna i błaha jak codzienność. Można po prostu spać i zostawić swoje troski gdzieś daleko. Dla tysięcy mieszkańców noc jak co noc – czas zasłużonego odpoczynku. Czy ja nie zasłużyłam?

W mojej głowie hałas i harmider. Nie wiem, co było pierwsze. Pod kołdrą brakuje mi tlenu, ale to i tak nie ma znaczenia, kiedy nie chce się już oddychać. Co chwilę łapię powietrze po to, by je wstrzymać w sobie jak najdłużej. Zaciskam wargi mocno, jeszcze mocniej. Moja towarzyszka, ta jedyna myśl – nie uronić powietrza. Ulga. Głowa napięta. Czuję w niej ból. Jednak dzięki temu ćwiczeniu nie pojawia się kompletnie nic. A ja bardzo chcę, żeby nic się we mnie pojawiało.

Po godzinie, może dwóch, nie mam już siły na to oddechowe ćwiczenie. Wtedy, na początku z cicha, potem coraz głośniej i dobitniej, docierają do mnie dziwne piski. Coś jak skrzek obdzieranych ze skóry ptaków. Boje się. Czuje napięcie w każdej komórce swojego ciała. Nawet pory na twarzy zaczynają się zaciskać. Wykrzywia mi twarz w różnych grymasach.

Leżę sztywno. Czuję, jak materac wgniata mi się w głowę i plecy. Wydaje się być nadnaturalnie twardy. Kołdra staje się coraz cięższa. Jestem otoczona. Czuję, że moje ciało jest uwięzione między materacem i kołdrą. Mimo wszystko tak jest lepiej. Nie wychylę choćby palca stopy spod kołdry, bo nie chcę być celebrytką. Mam przekonanie, że na suficie przywieszone są kamery. Coś jak Big Brother, na który nie wyrażam zgody. Ukrywam się pod kołdrą już od kilku dni.

Najgorsze są noce. Dźwięki nie dają mi spać. Słyszę szum wody. Na początku przyjemny, potem coraz bardziej natarczywy. Znów nie mogę zasnąć. Szum się urywa i w jego miejsce pojawia się dźwięk kapiącej kropla po kropli wody. Te krople rozsadzają moją czaszkę. Tak pragnę ciszy. Pracują nade mną służby specjalne. Wysyłają te wszystkie dźwięki. Pracują coraz intensywniej. Chcą mnie złamać bezsennością, żebym przyznała się do winy. Wciąż zadaję sobie pytanie: Co ja takiego zrobiłam? Nie wiem, dlaczego mnie prześladują. „Nic nie zrobiłam. Ja nic nie zrobiłam. Zostawcie mnie w spokoju” – szepczę do siebie i cicho płaczę.

Coś mi się dzieje z oczami. Chyba zaczynają drgać i na dodatek mam jakiś wytrzeszcz. Oczy przyzwyczajone do mroku widzą załamania na kołdrze. Głosy zmieniają się. Przychodzi chwila wytchnienia. Rozmawiam z Hillary Clinton i proszę ją, a właściwie błagam o pomoc. To w końcu silna kobieta i ma wiele możliwości. Nasza rozmowa w myślach jednak się urywa na rzecz pojawiającej się piosenki Stinga „Englishman in New York”. W takt muzyki odważam się na ruchy… Wykręcam się, układając swoje ciało w SOS. Tak jak tańczy się w piosence YMCA. Wzywam pomocy. To jest moje SOS. Inaczej nie potrafię. Tylko nikt tego nie widzi. Nikt nie wie, że mam już dość…

Nie wiedziałam, do kogo i po jaką pomoc się udać. Mam takich flashbacków tysiące. Dzisiaj leżę wygodnie z laptopem na kolanach i wracają do mnie wspomnienia. Ten koszmar na jawie trwał kilka miesięcy. Z perspektywy czasu to najtrudniejszy okres w moim życiu. Przydałby się psychiatra, szpital lub chociażby terapeuta. Dziś wiem, jak wyciągnąć rękę po pomoc. Wtedy nie wiedziałam, czego bardzo żałuję. „A co na flashbacki”? – pytacie mnie w mailach. Jak zwykle nie ma jednej rady. Pewnie przyda się terapia, rozmowa z kimś bliskim, pisanie ekspresywne czy jakakolwiek inna metoda, która przyniesie ulgę – taka Twoja własna.

Puszczam  oko do pilotów i ich wspomnień. Łączę się w cierpieniu, gdy wspomnienia są jeszcze nader żywe i czekam jak zwykle na wiadomości lub komentarze pod wpisem.  🙂

#37 Hejt psychiatryczny – jak sobie z nim radzę?

Chwilę mnie nie było, ale wracam z nowinkami. O tym oczywiście przeczytacie w końcowej części wpisu. Musiałam dostać niezłego kopa, żeby w natłoku obowiązków wydobyć z siebie jeszcze ten wpis. To wszystko za sprawą hejtu psychiatrycznego, czyli stygmatyzacji, o której dzisiaj słów kilka.

Zacznijmy od definicji dwóch słów kluczowych, którymi dzisiaj będę się posługiwać:

Stygmatyzacja (nazywana przeze mnie hejtem psychiatrycznym) to dla mnie nic innego, jak myślenie, mówienie, rodzaj postawy, która uwłacza osobom po kryzysach psychicznym właśnie dlatego, że takie doświadczenie kryzysu miały bądź mają.

Autostymatyzacja to z klei w moim rozumieniu myślenie o sobie gorzej z uwagi na to, że ma lub miało się kryzys psychiczny. Autostygmatyzacja w moim przypadku to 3 długie lata związane z wypieraniem i niezgodą na diagnozę, leki, leczenie, czyli nowe życie z kawałkiem choroby.

W obu przypadkach to koszmar!

Dziś zachodzę w głowę, jak mogłam myśleć, że: „choroba to wyrok”, „nic dobrego mnie już nie czeka”, „jestem do niczego”, „koniec mojej kariery zawodowej”, „nikt mnie już nie pokocha”. Wiele, wiele smutnych myśli autostygmatyzacyjnych zaprzątało mi głowę do momentu, kiedy przyszła myśl: „Dość. Ja chcę zacząć od nowa”. Bardzo pomogła mi w zmianie tego myślenia:

  • psychoterapia,
  • świadectwa innych, zdrowiejących osób,
  • rozmowy z akceptującymi ludźmi,
  • książki, blogi…

Wszystko to, co dawało nadzieję i siłę. Drobne sukcesy zaczęły składać się w większa całość, by pokazać mi, że w każdym momencie chorowania można odbudować swoje poczucie własnej wartości. Nawet po wielu odtrąceniach, zmianie pozycji społecznej i zranieniach od bliskich osób. Ta kula śniegowa dobrych doświadczeń dzisiaj sprawia, że chce powiedzieć Wam, że z chorobą życie nie jest usłane różami, ma kolce, ale też i zapach wiosny, i kolory tęczy. CHOROBA TO NIE WYROK. ŚWIAT NIE JEST ALBO CZARNY ALBO BIAŁY. NIE PODDAWAJ SIĘ. WIERZĘ W CIEBIE. Te kilka słów sama chciałam kiedyś usłyszeć i nadal, kiedy jest mi trudno, łapię się ich wypowiadając je sama przed sobą. Czy to wystarczy? Oczywiście, że nie, ale chociaż się do siebie uśmiecham. 😊

„Nie powinna Pani mieć dzieci, przecież Pani choruje”, „Dobrze, że osoby chorujące na schizofrenie nie mogą adoptować dzieci”, „Osoby po kryzysach nie powinny studiować”, „Nie zatrudniłabym osoby po kryzysie”… Mam jeszcze wyliczać te wszystkie przeżarte stygmatyzacją przekonania, stereotypy nasiąknięte strachem i niewiedzą? Niestety wciąż to słyszę. Sama robię wielkie oczy, gdy ktoś wypowiada do mnie te słowa. Gryzę ze wkurzenia paznokcie, gdy ze łzami w oczach ktoś mi relacjonuje, jak został potraktowany z powodu diagnozy, którą spotkał na swej drodze Ręce mi opadają, gdy ściskam pilota od telewizora i przełączam kanały. Kanał pierwszy? W wiadomościach pada pytanie „Czy sprawca leczył się psychiatrycznie?”. Gdyby się leczył, to z pewnością niczego by nie popełnił. Ponadto niech ktoś mi prześle statystyki mówiące o połączeniu przestępstw z chorobami psychicznymi, bo wszystko, o czym czytałam, mówi o tym, że nie ma takiej zależności. Natomiast takie sprawy są oczywiście medialne, wiec uprzejme media raczą zawsze pytać „Czy sprawca leczył się psychiatrycznie?!”. Kanał drugi? W serialu o olbrzymiej,  4-milionowej oglądalności osoba chorująca psychiatrycznie podpala dom. Kanał trzeci? W innym serialu osoba chorująca porywa główną postać i chce ją zabić. Kanał czwarty? Politycy zarzucają sobie „schizofrenię poglądów” i dopytują, czy Pani poseł „brała dziś leki?”. Takich kanałów i przykładów mam setki, ale nie o tym. Chcę tylko powiedzieć, że aż 61% ludzi czerpie wiedzę o osobach chorujących psychicznie z mediów. Inna strona medalu jest taka, że w Polsce choroba psychiczna, a zwłaszcza schizofrenia, to temat tabu. „Niebezpieczny”, „nieprzewidywalny”, „nie przestrzegający norm społecznych”, „nieporadny”, „niezaradny” – wyrażenia można mnożyć, ale tak właśnie się myśli o mnie. Czy ktoś pyta jak się z tym mam?

Szczęśliwie tak! We wtorek 13-go kwietnia odwiedzam Dzień dobry TVN. Do zobaczenia na antenie! 😊

Opisałam już jak wszędobylska jest stygmatyzacja. Zapomniałam dodać inwektywy, którymi czasem się mnie nazywa. Znacie je? Słyszeliście? Patrzyliście kiedyś do słownika jaka, jest definicja słowa WARIAT? Ma piękne pochodzenie to słowo, ale uzus jest przykry. Zatem nie będę przypominać reszty inwektyw, dobra? Za dużo ich słyszałam już.

Jak sobie radzę ze stygmatyzacją?

  • Reaguję na nią złością. Już nie smutkiem, który przytłacza.
  • Napędzona złością reaguję i staram się wyjaśnić sytuację. Często ktoś nie ma wiedzy o tym, że właśnie mnie obraził albo w ogóle zielonego pojęcia nie ma o zdrowiu psychicznym. Zdarza się, że ktoś chce się dowiedzieć więcej i przeprasza.
  • Zdarza się, że słów mi brak, zwłaszcza, gdy ktoś jest w dodatku agresywny. Zmilczam urazę i wypłakuje się psiapsiółkom.
  • Myślę sobie i tak to sobie tłumaczę, że to więcej mówi o osobie stygmatyzującej niż o mnie.
  • Mam poczucie sprawczości i dodaję swoją kropelkę w morzu potrzeb, czyli edukuję na warsztatach organizowanych przez Fundację eFkropka oraz współpracując ze wspaniałymi ludźmi w Teatrze Kryzys.
  • Podnoszę temat na psychoterapii.
  • Rozmawiam o tym z przyjaciółmi. Wygadam się i nie wracam już do tematu. Staram się nie rozpamiętywać sytuacji, w których dotknęła mnie stygmatyzacja. No chyba, że wylewam emocje we wpisie na blogu 😊.
  • Wierzę mocno, że poziom debaty wokół zdrowia psychicznego kiedyś się zmieni i mocno trzymam za to kciuki, wypatrując w przyszłość.

Jak zwykle czekam na Wasze wrażenia, opowieści, komentarze, bo dzielenie się pomaga! 😊

#36 Nie tylko drzewem, lecz także lasem…

Bardzo ciężko jest mieć niskie poczucie własnej wartości. Znam to. Jeszcze trudniej jest przyznać się przed sobą, że tak jest. Oj, oj, boli. Dzisiaj o psychoterapii i leśnym systemie, które sprawiają, że na nowo można odbudować zdrowe „ja” i dać sobie myśleć o sobie dobrze.

Co może stać za niskim poczuciem własnej wartości? Rozłożyłam to sobie na terapii na czynniki pierwsze. Być może okażę się, że w Twoim przypadku było/jest podobnie. Dlatego, zanim zacznę opowiadać, dodam, że to doskonały temat na pracę z psychoterapeutą. Dla mnie była to wzbogacająca i bardzo wartościowa praca. To kolejny powód, żeby powiedzieć wprost, że psychoterapia jest bardzo pozytywną metodą zapewniającą wzrost.

Już samo zauważenie tego, jak słabo o sobie myślę, bardzo mi pomogło. Psychoterapeutka zadawała mi miliony pytań, bym mogła to w końcu zauważyć. Kilka stwierdzeń zamieszczam poniżej. Zauważ czytając, czy odpowiadasz zgadzasz się z nimi, czy też nie. Być może z niektórymi zgadzasz się zdecydowanie lub tylko częściowo. To taki krótki test, który pozwala zauważyć, jakie obszary są mocne, a z jakimi warto jeszcze popracować w poczuciu własnej wartości.

  • „Doświadczenie życia nauczyło mnie doceniać siebie”.
  • „Mam dobre zdanie o sobie”.
  • „Traktuje siebie dobrze i odpowiednio o siebie dbam”.
  • „Lubię siebie”.
  • „Przywiązuje tak samo wagę do moich dobrych stron, jak i wad”.
  • „Czuję się ze sobą dobrze”.
  • „Uważam, że mam prawo do uwagi i czasu innych osób”.
  • „Sądzę, że mam prawo, by spotykały mnie dobre rzeczy”.
  • „Moje oczekiwania wobec siebie nie są bardziej surowe, niż wobec innych”.

Kiedyś wszystkie te stwierdzenie skwitowałam wielkim NIEEEEEEE. Dzisiaj przyznaję, że mówię TAK. Droga jednak od NIE do TAK zajęła mi sporo czasu.

Pierwsza rzecz, z którą musiałam się uporać, to STANDARDY RODZICÓW. Spełnianie ich oczekiwań i dopasowywanie się do ich wizji świata jak dotąd zajęło mi dwie trzecie życia i bardzo destruktywnie wpływało na moje poczucie własnej wartości. Ciągle myślałam, że zawodzę, robię za mało, robię nie tak jak trzeba, jestem nie do końca „dobrą córką”, a już na pewno nie taką, jaką chcieliby mieć. Druga rzecz z jaką podczas psychoterapii musiałam wziąć na warsztat była PRESJA OTOCZENIA, która wśród znajomych i kolegów z pracy, była dla mnie wręcz niebotyczna. Tak oto na każdym polu widziałam wymagania, a nie sukcesy. Doświadczenie psychoterapii pomogło mi nabrać wglądu i zauważyć, co sama sobie robię biorąc na siebie zbyt wiele i zabiegając o AKCEPTACJĘ WSZYSTKICH i zawsze. Szukałam akceptacji na zewnątrz, nie dając jej sama sobie. Przynajmniej moje zdanie liczyło się najmniej. Tymczasem okazało się, że to ja jestem z sobą zawsze i jeśli ktoś najlepiej może mnie przytulić, to ja sama siebie. Ble, ble, ble brzmi dobrze, ale z wykonaniem trudniej? Oczywiście, tak jak wspomniałam, zmiana myślenia wymaga czasu i dobrego terapeuty.

MITY na temat WZROSTU:

MIT 1 „Muszę się rozwijać, bo jak nie, to będę gorsza”

Nie lubię tej coachingowej gadaniny, że wszyscy powinniśmy się rozwijać i wzrastać. Jest mi do tego daleko. Wcale nie musimy się rozwijać na siłę, ale jeśli chcemy trochę powzrastać i nam brakuje satysfakcji z poczucia własnego rozwoju, to czemu nie spróbować coś zmienić, aby znów to czuć?  Odpoczynek jest równie ważny, dlatego czasami też można dawać sobie spokój z tym nieustannym rozwojem.

MIT 2 „Budować mogą nas tylko pozytywne rzeczy”

Rozwój, budowanie, wzrastanie, jakkolwiek to nazwiemy, jest to w moim rozumieniu rodzaj postawy. Moim zdaniem żeby wzrastać nie ma znaczenia, czy odbieramy coś jako pozytywne, czy negatywne. Chodzi mi o to, że jeśli przyjmiemy, że każde doświadczenie, nawet przykre, jest po coś i ma jakiś sens, może się nagle okazać, że te przykre doświadczenia zbudowały nas bardziej niż te wesołe i radosne. Ponieważ droga jest trudna, paradoksalnie może okazać się, że daje większą satysfakcję. Smutny film może okazać się bardziej budujący niż zwykłe love story.

MIT 3 „Jestem drzewem, sama sobie poradzę w rozwoju”

Długo myślałam, że rozwój osobisty to praca indywidualna. O ja głupia! Nie da się rozwijać bez innych ludzi. Zarzuciłam więc bycie Zosią Samosią na poczet uczenia się relacji z innymi. Bycie samotnym drzewem, bardzo różni się od bycia lasem. Tymczasem okazuje się, że drzewa rosnące w takim zwykłym lesie są fascynujące! Mają system korzeniowy zorganizowany tak, że pozwala on dzielić się zasobami i wspierać wzrost słabszych albo chorych drzew. Jako słabsze drzewo skorzystałam z takiego wsparcia systemu korzeniowego innych po to, by za kilka lat dzielić się swoimi korzeniami…

Jak zwykle zapraszam do podzielenia się swoją refleksją, komentarzem, myślami. Zachęcam także do wklejania linków do Waszych blogów czy stron psychoedukacyjnych. Dzielmy się! Chętnych zapraszam też do kontaktu mailowego >>

#35 WSTYD, czyli o rozczarowaniu sobą i pozytywach tej emocji

„Dlaczego nie mogłam tego powstrzymać?”. „Zawiodłam siebie i innych”. „Coś ze mną jest nie w porządku, skoro to mnie spotyka”. Takie i wiele innych myśli mogą kłębić się w głowie, kiedy czujemy wstyd. Nie warto udawać, że wstydu nie ma. Jeszcze bardziej nie warto o nim milczeć. Zatem po co nam wstyd i jak można sobie z nim poradzić?

Natchniona fascynującą książką Babette Rothschild „Ciało pamięta”, postanowiłam skupić się na swoim wstydzie. Jak to Kaśka, przecież Ty to niczego się nie wstydzisz!? Tylko piszesz i piszesz kolejne wpisy na blogu! Otóż sprawa wygląda na nieco bardziej skomplikowaną. Całkiem niedawno odkryłam, że dzielenie się wstydem przynosi ulgę. Okazuje się, że moje odkrycie jest zgodne z tym, co mówi Babette:

„Jedną z trudności związanych ze wstydem jest to, że nie wydaje się, żeby był on wyrażany i rozładowywany w taki sam sposób jak inne uczucia: smutek i żal znajdują ujście w płaczu, gniew we wrzasku i tupaniu, strach w krzyku i dygotaniu. (…) Za klucz do złagodzenia wstydu uznaje się akceptację i kontakt. Chociaż wydaje się, że nie ulega on rozładowaniu, faktycznie rozprasza się w bardzo szczególnych okolicznościach – pod wpływem nieosądzającego, akceptującego kontaktu z innym człowiekiem”.

Babette Rothschild „Ciało pamięta”

To trudne – rzeknie czytelnik. Zgadzam się w 100%! Mówienie drugiemu człowiekowi o tym, czego się wstydzimy, jest prawdziwym wyczynem. Paradoks jednak polega na tym, że wstyd dojmuje nas mniej już zaraz po tym, jak wypowiemy to, czego on dokładnie dotyczy. Czasem wręcz może się okazać, że nie mamy czego się wstydzić, bo ktoś zupełnie inaczej odbiera daną sytuację, słowa czy zachowania. Długo wstydziłam np. tego, że podczas psychozy położyłam się krzyżem przed sąsiadami i wzywałam ich do modlitwy. Sąsiadów omijałam szerokim łukiem do czasów szczerej rozmowy z przyjaciółką. Dzięki niej zauważyłam, że w wyniku wstydu to ja zachowuję się inaczej, ponieważ spodziewam się negatywnej reakcji otoczenia. Tymczasem taka reakcja nie następuje, a sąsiedzi dalej traktują mnie serdecznie. Czasami przez wstyd rezygnujemy z czegoś, coś tracimy. Wypowiedzenie wstydu przed kimś, kto akceptującym okiem spojrzy na sprawę z dystansem, może okazać się szczególnie cenne. Z tego punktu widzenia warto nie wstydzić się np. swojego psychoterapeuty czy psychoterapeutki, którzy stwarzają bezpieczne warunki do rozmowy nawet na wstydliwe tematy.

„Wstyd jest istotny dla przeżycia. (…) Wydaje się, że wstyd, przynajmniej w toku ewolucji, służył podporządkowaniu zachowania jednostki normom kulturowym, które sprzyjają „przeżyciu plemienia”. Pełni on funkcję socjalizacyjną.”

Babette Rothschild „Ciało pamięta”

Uważam, że słowa „norma” i „normalny” powinno się wyrzucić z uzusu. Wtedy odkryjemy cały wachlarz słów, przymiotników, którymi możemy określać daną sytuację. Nie mówię jednocześnie, że dziwne zachowania powinny stać się na ulicach regułą. Fajnie by jednak było, gdyby np. taką sytuację – krzyczące dziecko w sklepie i milczący rodzice – nie wstawiało się od razu do szufladki z napisem:  „Co za ludzie! Nie potrafią wychować dziecka!”, tylko starało się popatrzeć na to ze zrozumieniem i akceptacją, myśląc np. „może dziecko ma Aspargera albo ADHD, może rodzice wiedzą, co robią, może mogę jakoś pomóc?”.

„Nigdy nie widziałam dziwactw”. „Nigdy się z nich nie naśmiewałam”. „To nie o mnie”. Być może tak jest, a być może od „wstydliwych zachowań” odwracamy wzrok albo piętnujemy je dodatkowo w myśl zasady „uciekam” lub „walczę”. Nieco trudniej jest wyjść ze strefy komfortu i przyjąć zasadę „pomagam”.

Czasami trudno określić, kto tak właściwie w danej sytuacji powinien się wstydzić. Jednak jeśli to my czujemy wstyd, warto powiedzieć sobie, że to emocja taka jak każda inna – naturalna i ważna. Akceptacja tego, że ta emocja jest w nas i sobie trwa, może być bowiem pierwszym krokiem do jej zrzucenia z siebie:

„Powszechnie wiadomo, że akceptacja to pierwszy krok do przezwyciężenia niechcianego stanu emocjonalnego, a dostrzeżenie pozytywnej funkcji wstydu może pomóc w osiągnięciu tego kroku”.

Babette Rothschild „Ciało pamięta”

W świecie pełnym różnych przydatnych emocji, które pojawiają się w nas z prędkością światła, przychodzą i odchodzą, dzielmy się nimi! Zapraszam jak zwykle do komentarzy pod wpisem lub kontaktu >>

#34 Wieża z kloców i borderline – WYWIAD z Anką Mrówczyńską

Zapraszam dzisiaj w przestrzeń mojego bloga wspaniałą autorkę Ankę Mrówczyńską po to, by nie tylko jej głos wybrzmiał, lecz także przybliżył nas do borderline. Mam wrażenie, że temat tego zaburzenia owiał oddech tajemnicy i niestety wiele osób rezygnuje ze znajomości z osobami, które mają to zaburzenie. Sama mam przyjaciółkę, która zmaga się z borderline, dlatego mam nadzieję dzięki temu wywiadowi na bliskość i zrozumienie. Dla tych, którym będzie za mało, zapraszam do poszukiwania książek Anki Mrówczyńskiej. Zatem zapraszam do przeczytania rozmowy z Anką.

Kasia: Co Cię motywuje do pisania i pracy nad sobą? Czy pisanie to też element pracy nad sobą?

Anka: Cóż, pisanie to moja pasja. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić, choć oczywiście zdarzają się dłuższe okresy braku weny. Jednak zawsze prędzej czy później do tego wracam. Motywuje mnie przeświadczenie, że mam coś do przekazania ludziom. Chcę im pokazywać to, co we mnie siedzi. To, co rodzi się w mojej wyobraźni.

Pracuję nad sobą dlatego, że chcę być zdrowa. Nie mówię tu konkretnie o mieszczeniu się w jakiejś normie, a bardziej o zredukowaniu cierpienia wewnętrznego. Pragnę się dobrze czuć, żyć w zgodzie z sobą, bo wtedy mogę robić to, co kocham, czyli pisać.

Proces twórczy jak najbardziej jest częścią autoterapii. Kiedy pisałam książki autobiograficzne, było to bardziej oczywiste – opisywałam swoje emocje, myśli, a więc rozładowywałam napięcie. Również skupiałam się na analizie siebie, obserwowałam siebie i wyłapywałam chore schematy, co pomagało mi im przeciwdziałać.

Teraz zajmuję się beletrystyką, ale i ona w pewnym sensie pomaga. Szczególnie upodobałam sobie thrillery psychologiczne, w których sublimuję agresję, która pojawia się we mnie, lub psychopatyczną część swojej osobowości. Kiedy czuję dużą złość, z którą trudno jest mi sobie poradzić, opisuję na przykład pobicie bohatera. Poziom tej emocji nieco spada, a dodatkowo mam ciekawą scenę do książki.

Kasia: Na czym polega borderline? Czy masz swoją definicję?

Anka: Borderline to poważne zaburzenie osobowości, które wiąże się ogromnym cierpieniem psychicznym.

Polega na niestabilności w trzech różnych obszarach: emocjonalnym, obrazu siebie oraz relacji interpersonalnych.

Pod pojęciem chwiejności emocjonalnej kryją się duże wahania nastrojów przy jednoczesnym dużym natężeniu odczuwanych emocji. To nieustanna sinusoida o dużych amplitudach. Zmiany nastrojów potrafią następować z minuty na minutę. W jednej chwili jesteś szczęśliwy – w drugiej nie widzisz sensu życia. Teraz kochasz, a za chwilę nienawidzisz. Istotne jest również to, że wytrąconej z równowagi osobie z osobowością z pogranicza bardzo trudno jest wrócić do stanu wyjściowego, neutralnego. Jej pobudzenie trwa długo i trudno jest jej się uspokoić.

Niestabilność obrazu swojej osoby przepełnia lękiem i cierpieniem, przez wieczną niepewność, co do tego, kim jesteś. Raz zachowujesz się tak, chwilę później inaczej. Myślisz, że jesteś wyjątkowy, zaraz potem, że jesteś zerem. Nie wiesz, co lubisz, jakie masz preferencje. Cały czas zmieniasz zdanie, nie potrafisz podjąć decyzji i się jej trzymać. Objawia się to na przykład częstymi zmianami pracy albo kierunku studiów. Zaczynasz coś i nie kończysz. Kiedy o sobie opowiadasz, możesz mówić sprzeczne rzeczy w dwóch następujących po siebie zdaniach. Ale nie jest to wynik kłamstw, wierzysz w to, co mówisz. Po prostu twój obraz siebie jest tak niejasny, że nie zauważasz tych sprzeczności.

Niestabilność relacji interpersonalnych często objawia się tendencją do idealizacji a następnie dewaluacji bliskiej osoby. Związki emocjonalne z osobami zaburzonymi często są intensywne i burzliwe, a kończą się gwałtownie. Znamienne jest wielokrotne zrywanie i wracanie do siebie w związkach romantycznych. Osoby cierpiące na borderline często są kłótliwe, wywołują konflikty, po czym czują się pokrzywdzone. Również testują granice swoich bliskich, sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć. Często robią to na wpół lub zupełnie nieświadomie. Jest w nich jednocześnie wielka potrzeba bliskości i ogromny lęk przed nią. Zbliżają się i oddalają, nie potrafiąc dłużej wytrzymać w dużej bliskości.

Pograniczne zaburzenie osobowości wiąże się również z chronicznym poczuciem pustki wewnętrznej, silnymi lękami, szczególnie przed opuszczeniem i odrzuceniem, groźbami i próbami samobójczymi, autoagresją, autodestrukcją. Charakterystyczne są również zachowania impulsywne, bez myślenia o konsekwencjach, gwałtowne wybuchy złości czy myślenie dychotomiczne, czyli oscylujące między skrajnościami, niedostrzeganie stanów pośrednich – coś jest albo czarne, albo białe, nie ma odcieni szarości.

Kasia: Skoro borderline nie jest chorobą a zaburzeniem, to jak to sobie wytłumaczyć? Choroba to cząstka, która jest odrębna od organizmu, a borderline to ja?

Anka: Nie, borderline to nie osoba zaburzona. To zespół objawów i cech osobowości, które są wspólne dla pewnej grupy ludzi.

Kiedyś na blogu napisałam wpis, w którym metaforycznie porównałam psychoterapię do wieży z klocków i myślę, że można tę przenośnię tutaj wykorzystać.

Wyobraź sobie, że Ty, Twoja osobowość to wieża ułożona z drewnianych klocków.

Kiedy osobowość jest zdrowa, dobrze rozwinięta, klocki są dobrze wycięte i oszlifowane, a co za tym idzie, dobrze do siebie pasują. Budowla jest wysoka i stabilna. Nawet, gdy się nią potrzęsie, nie zburzy się.

Kiedy osobowość jest zaburzona, sprawa się nieco komplikuje. Borderline sprawia, że niektóre klocki są nierówne, nie są do siebie dopasowane. Wieża nie jest stabilna, wszystko się rusza już u podstaw. Budowla się chwieje i wystarczy niewielka interwencja z zewnątrz, by się zburzyła.

Pomóc w tym wypadku może psychoterapia. Razem z terapeutą identyfikujecie te koślawe klocki, wyciągasz po jednym i szlifujesz, aby był równy i dokładnie wykończony, by pasował do reszty, a następnie wkładasz go na jego miejsce. I tak po kolei robisz ze wszystkimi, które są wadliwe. Wieża jest wciąż zbudowana z tych samych klocków, ale już się nie chwieje. Stoi pewnie i jest stabilna.

Kasia: To samo dotyczy „objawów”. Gdzie kończy się borderline a zaczyna moja „zdrowa”, „nieskażona” osobowość?

Anka: To trudne pytanie, bo sama się często nad tym zastanawiałam. Teraz biorę to bardziej intuicyjnie.

Zaburzenie osobowości wiąże się z trwałymi, nieefektywnymi wzorcami funkcjonowania. Objawiają się one sztywnością zachowań, nieprzystosowawczymi relacjami społecznymi czy subiektywnym cierpieniem. To wszystko bardzo utrudnia, a czasem wręcz uniemożliwia normalne życie i funkcjonowanie w społeczeństwie.

Uogólniając, zdrowe cechy osobowości nie utrudniają życia, nie przysparzają cierpienia. Pewne jest, że podczas leczenia nie stracisz siebie. Kiedyś bardzo się tego bałam – że eliminując zaburzone cechy, pozbędę się przy okazji tych dobrych, ważnych dla mnie. Ale to tak nie działa. Dzięki wyciszaniu nieprzystosowawczych schematów, mogły zacząć się rozwijać zdrowe części mnie.

Z czasem uczysz się rozróżniać części siebie od cech zaburzenia. Oczywiście nadal zdarza się, że nie wiesz, czy Twoje zachowanie i reakcje mieszczą się w normie, czy może jednak są objawem. Na szczęście tu z pomocą często przychodzi terapeuta lub psychiatra i pomaga rozwiązać dylemat, naprowadza na dobry tor myślenia, na przykład zadając odpowiednie pytania.

Kasia: Jak wytłumaczyć rodzinie, co jest moim zaburzonym elementem, a co mną? Znają mnie od zawsze i nie potrafią tego sobie wytłumaczyć.

Anka: Myślę, że dobrym pomysłem może być napisanie listu i opisanie w nim swoich problemów oraz objawów. Ja sama napisałam taki długi list do swoich rodziców. Pisałam go kilka dni. Wskazałam w nim błędy wychowawcze oraz to, jak wpłynęły na moje zaburzenie i późniejsze problemy, także te w dorosłym życiu. Chcąc być jednak sprawiedliwą, wymieniłam także to, za co jestem wdzięczna. Ten list był pierwszym krokiem w naprawianiu naszych relacji. Teraz, po kilku latach od jego wysłania, mogę się pochwalić dobrymi stosunkami z rodzicami i bliskimi relacjami z nimi. Topór wojenny został zakopany na dobre.

Może warto pomyśleć o formie pisanej? Dzięki temu jest pewność, że nerwy nas nie zjedzą, klarownie przekażemy to, co chcemy i nie damy się ponieść emocjom.

Kasia: W jaki sposób można wytłumaczyć sobie, że borderline to zaburzenie, a nie choroba, którą można zwalczyć? Czy borderline można ujarzmić?

Anka: Niektóre z nurtów psychoterapeutycznych zakładają, że borderline można wyleczyć całkowicie. Nie wszystkim się to udaje, ale na pewno warto próbować. Zaś w zasięgu ręki jest uzyskanie satysfakcjonującego, godnego życia, które nie jest naznaczone wiecznym cierpieniem. Możliwe jest spełnianie marzeń, nawiązywanie zdrowych relacji, pokochanie i szanowanie życia i siebie, założenie rodziny i wychowanie zdrowego dziecka. Mniejszy chaos, większy spokój oraz życie w zgodzie z sobą. Więc, odpowiadając na pytanie, tak, borderline można ujarzmić. Jestem o tym przekonana.

Bardzo dziękuję za wywiad Ance i jeszcze raz zapraszam do lektury jej książek. Dziękuje też za pomoc w przygotowaniu pytań mojej Oli 😊 Czuję, że jestem krok bliżej do zrozumienia borderline ❤ Jak zwykle zapraszam do komentowania pod wpisem, a jeśli macie jakieś pytania do Anki to chętnie je przekażę. Powodzenia w szlifowaniu kloców i to niezależnie od „efki” którą latacie! Łączmy się! ❤

# 33 Kiedy czuje się za mała na ten świat – wpis o wrażliwości

Mówi się, że ludzi chorujących psychicznie cechuje nadmierna wrażliwość. W Danii jest nawet piękne wyrażenie opisujące osoby po kryzysach: „wrażliwi psychicznie”. Nie wiem jeszcze co dokładnie, ale czuję, że coś w tym jest. Poczucie bycia „za małą na ten świat”, takiego niedopasowania, albo bycia kimś nieprzystającym do obecnej chwili czy czasów, po prostu zdarza mi się. A Tobie?

W takich chwilach czuję się jak antropolog, który znalazł się wśród jakiegoś obcego plemienia i stara się je zrozumieć. Nie znam języka tego plemienia. Każde zachowanie wydaje się być zaskakujące i ciekawe zarazem. W środku narasta poczucie niewygody. Lewa ręka wtedy drży. Mam taki odruch w ręce, który sygnalizuje nadmierne napięcie. Moja lewica po prostu drży i wtedy czuję ulgę. Ciało mówi, że coś dziwnego dzieje się wokół. Słucham więc lewej ręki, która nie może się uspokoić w dziwnym drżeniu. Takie moje małe wewnętrzne trzęsienie ziemi.

Zatem czuję i słucham, co mówi ciało. A co wtedy mówi moja głowa? Zupełnie nic. Pustka. Wszystko nastawione jest na obserwację. Przyjmowanie zjawiska. Z trudem koduję wszystkie znaki. Rozkodowanie przyjdzie potem. Jak już się wydrgam po lewej, zaczynam działać ręką po prawej Całe szczęście prawa ręka może się przywitać…

JESTEM MURSI

Ostatnio zrobiłam sobie maraton dokumentów. Obejrzałam opowieść o turystyce do plemienia Mursi. Turyści za wszelką cenę robili sobie zdjęcia z ludźmi, których wyróżnia noszenie płytek w rozcinanej dolnej wardze. Z kim się utożsamiłam? Oczywiście nie z europejskimi turystami, a właśnie z Mursi. Jestem Mursi, a moja płytka w wardze to schizofrenia.

JESTEM WIĘŹNIEM

Potem obserwowałam dokument o terapii grupowej więźniów z dożywociem w Stanach. Było to bardzo amerykańskie. I znowu przypomniałam sobie, że w psychozach mam coś z więźnia z dożywociem. W psychozach miałam nawet takie urojenie, że prześladuje się mnie po to, by mnie skazać na męki w więzieniu, a ja przecież tak kocham wolność. Taki to był straszny koszmar, ponieważ nie wiedziałam w urojeniu, za co właściwie chcą mnie przyskrzynić. Nie czułam się winna i za wszelką cenę chciałam udowodnić jedno – to, że jestem wrażliwa.

JA PETENT Z CHIN

Rzutem na taśmę zdążyłam jeszcze obejrzeć dokument o chińskich petentach. Ludzie Ci doświadczyli niesprawiedliwości systemu w którym żyją. Zostali zmuszeni na życie na marginesie społecznym. I znów mam coś z petenta. W dokumencie padają słowa: „nasze miasto jest duże, nikt nie zauważy, jak znikniesz”. Tak się kiedyś czułam. Niewidzialna przez system społeczny. I nawet nie mamy do kogo wnieść petycji w sprawie niesprawiedliwości, jaką jest diagnoza w życiu. No bo do kogo te pretensje? Do dzieciństwa? Do życia, losu, Boga?

MOJE KSOBNE JA CO MA TWARZE WSZYSTKICH LUDZI

Wiem, że odlatuję teraz… Odlatuję, kiedy widzę punkty styczne. Nikt chyba z normalsów nie wie, że w psychozie przeżywa się kilka swoich żyć, kilka leveli w grze, kilka wcieleń. Doświadczenie to jest tak głębokie i szerokie, że potem wrota wyobraźni wymagają postawienie szczególnej bramy. Oczywiście bramy na pilota. Ja jestem pilotem do swoich halucynacji telewizora, do swoich głosów radia, do swojej bramy wrażliwości. Mam swoje kody rzeczywistości, gdzie „dziwne” staje się zwyczajne, a dziwactwa stają się oswojone. To normalne w schizofrenii, więc i to norma w życiu pilota ze schizofrenią. Szkoda tylko, że wciąż norma nas ogranicza i to, co jest normą dla mnie, dalekie jest od tego, co jest normą dla Ciebie. Wszyscy chcemy być przecież normalni, a sęk w tym, że jesteśmy wyjątkowi. I żadni inni, po prostu nudnie tacy jacyś osobni.

O rany – takiego zakręconego wpisu jeszcze nie było! Jaki zatem będzie ten nowy rok? Życzę Wam, żeby był pełen autentyczności w przeżywaniu świata; a niedopasowanie? Jest OK jak dla mnie. Ważne żeby to uczucie nie było przytłaczające. A jeśli jest? Nie ma recepty na wszystko i znów powtórzę, że każdy musi znaleźć coś dla siebie. Moja recepta to mleko z miodem na niewygody i smutki, ale to mój smak dzieciństwa. Jaki jest Twój lek na zbytnią wrażliwość? I czy wrażliwość może być zbytnia? Czy z definicji jest jaka jest i taką ją trzeba mieć?

❤ ❤ ❤ Na koniec kilka serduszek dla tzw. wysoce wrażliwych ❤ ❤ ❤ Łączmy się!>>

#32 Piekę CIASTO ZDROWIENIA, czyli co umacnia nas na drodze do zdrowia?

Pieczenie ciasta? „Jakie to głupie” pomyślałam, siedząc na oddziale dziennym, gdzie takie praktyki były proponowane pacjentom. Długie lata zajęło mi zrozumienie tego, po jaką cholerę piekliśmy wtedy ciasta!? Na dodatek nie mam ręki do ciast. Mimo to od czasu do czasu podejmuję to wyzwanie z nadzieją, że tym razem mi się uda. Ze zdrowiem psychicznym jest jak z ciastem…

Ugniatasz, ugniatasz. Potem kręcisz, miksujesz, formujesz, wałkujesz – jednym słowem chuchasz i dmuchasz w nadziei, że wyrośnie. Bierzesz leki, ćwiczysz, dbasz o dietę, dbasz o sen i liczysz, że ta wredna psychoza już więcej się nie powtórzy. Czasami wyjdzie zakalec, czasami spali się wierzch i nawet pyszna polewa czekoladowa nie sprawia, że ciasto smakuje dobrze. Grunt jednak, żeby się nie poddawać i od czasu do czasu podjąć próbę zdrowienia i upiec to ciasto. Z radością jestem w remisji już kolejny rok i życzę sobie i Wam pięknej remisji w kolejnym roku, a dzisiaj dziele się tym co umacnia moje zdrowienie.

SILNA WOLA

Nie jestem właścicielką silnej woli. Bardzo szybko potrzebuję efektów we wszystkim, co robię. Na całe szczęście silną wolę można pielęgnować i kształtować w sobie. Dlaczego to takie ważne? To w głowie i w silnym postanowieniu zdrowienia, w wytrwałości i cierpliwości wszystko ma swój początek. Przynajmniej tak było ze mną. Po czwartej psychozie po prostu się wkurzyłam i powiedziałam sobie: „Ja już tego nie chcę! Ja nie chcę być chora”. Od tego postanowienia zaczęła się moja droga zdrowienia. Postanowiłam sobie sama przed sobą udowodnić, że jeszcze mogę być zdrowa i udowadniam to sobie dzień po dniu, czerpiąc z remisji olbrzymią satysfakcję i radość, ale… nie wystarczy sobie tylko coś przed lustrem powiedzieć. Trzeba też działać!

LECZKI I PSYCHOTERAPIA

O tym, jak ważna jest farmakoterapia, pisałam tutaj >> Jest to absolutna podstawa, na której opiera się zdrowienie. Natomiast o wpływie, jaki ma na mnie psychoterapia, pisałam tutaj >>. To tzw. druga noga, na której warto oprzeć swoje zdrowienie.

SPORT

Jak donoszą badania, sport jest bardzo ważny w leczeniu schizofrenii >>. Może mieć wpływ nawet na wystąpienie objawów. Już nie mówiąc o lepszym samopoczuciu czy ustabilizowaniu swojej wagi. Od jakiegoś czasu regularnie ćwiczę i muszę powiedzieć, że odczuwam wspaniały przyrost energii i nie mam dzięki temu problemów z sennością. Ćwiczę z Martą Hening, a do mojego ulubionego zestawu ćwiczeń wklejam link na końcu wpisu za pozwoleniem Marty.

DIETA

Dieta to trudna rzecz. Zwłaszcza kiedy łyka się leki, które pobudzają łaknienie, prawda? Tutaj także badania nie pozostawiają złudzeń >> Dieta i przyjmowane używki mają znaczący wpływ na nasze zdrowie, także na zdrowie osób z chorobami psychicznymi.

„Na dzień dzisiejszy brak jest aktualnych rekomendacji na temat żywienia pacjentów z zaburzeniami psychiatrycznymi, natomiast uważa się, że korzystny wpływ może mieć m.in.: dieta DASH, dieta MIND lub dieta bezglutenowa.”

„Znaczenie zdrowego odżywiania w schizofrenii”, Oleś Dominika

PASJA

Czasami jedyną rzeczą, która jest w stanie uratować nasz wypiek to przesadna polewa czekoladowa. Taką polewą w cieście zdrowienia jest jakaś pasja. Coś co jest niczym MÓJ OSOBISTY LEK ( o tym pisałam tutaj>>) . Warto swoją pasję odnaleźć i czerpać z niej radość garściami, kiedy tylko tego potrzebujemy.

Dziękuję, że czytacie. Życzę Wam w 2021 dużo, dużo zdrowia, radości, poczucia sensu życia! Jak zwykle zapraszam do komentarzy pod wpisem lub kontaktu ze mną >>

#31 Czy to były stracone lata? 20 powodów by docenić KRYZYS!

Skończyłam świętować urodziny. Wspaniały to był czas, ale i mocno refleksyjny. Niczym wprawna matematyczka dokonałam wielu życiowych obliczeń. Szczęśliwie wyszłam na plus, a oto moje psychiatryczne rachunki…

Z tej szuflady, z szuflady, do której nie lubię zaglądać, z szuflady, do której wrzucam wszystko to, co będzie pewnie kiedyś potrzebne, czyli z mojej „szuflady zapomnienia”, wysypały się dokumenty. Cóż za dziw!? Szuflada po prostu załamała się pod wpływem książek, które nawaliłam na jej wierzch. Bywa. Niemniej to wydarzenie miało miejsce w moje urodziny, w które to nie miałam najmniejszej ochoty przeglądać starych dokumentów, tym bardziej wypisów ze szpitala psychiatrycznego. Wleciały jednak do moich rąk i postanowiłam, jak to się mówi, wziąć to na klatę, czyli zmierzyć się z tym. W urodziny liczę lata, więc policzyłam i to. Mechanicznie. Z marszu. Prędko. Wyszło mi na oko i w zaokrągleniu 14 miesięcy w szpitalach psychiatrycznych. Tyle straciłam czasu? A może zaoszczędziłam? A może zyskałam? Może potrzebowałam? I ile zdrowia mnie to kosztowało?

Pod wpływem tego matematycznego odkrycia, jak lawina, zasypały mnie powyższe pytania. Bardzo długo myślałam o hospitalizacjach w kategorii STRATY CZASU. Dzisiaj jednak patrzę na te miesiące z dużej odległości i widzę coś zupełnie innego. Widzę, jak wiele mi dały. Jak zbawiennie wpłynęły na moje życie. Mam świadomość, że bez tego czasu dla siebie w szpitalu, nie odnalazłabym siebie na nowo i nie odnalazłabym drogi do zdrowienia. Z uwagi na to, że jak do tej pory mam za sobą 14 miesięcy hospitalizacji, a dodatkowo wiele miesięcy chodziłam w kryzysie przed hospitalizacją, przedstawię 20 powodów, dla których kryzysowy czas jest cenny dla mnie.

  1. Zainteresowałam się psychiatrią i psychoterapią.
  2. Lepiej poznałam siebie. Zaczęłam siebie poznawać i rozumieć.
  3. Zmieniłam swój świat wartości.
  4. Zmieniłam pracę.
  5. Zmieniłam styl życia.
  6. Poznałam w szpitalu wiele ciekawych osób. Mam z hospitalizacji dwójkę przyjaciół.
  7. Doceniłam relację z siostrą.
  8. Zmieniłam krąg przyjaciół.
  9. Nauczyłam się lubić zmiany i podejmować decyzje.
  10. Nauczyłam się dbać o siebie i odpoczywać.
  11. Przeżyłam coś unikatowego, niepowtarzalnego, niedostępnego zdrowym ludziom.
  12. Jak to się mówi, kto ma miękkie serce, ten ma twardą d….. Zatem stwardniałam.
  13. W końcu dorosłam.
  14. Zaczęłam nowe studia na kierunku, który kocham.
  15. Pracuję z osobami po kryzysach, co daje mi duuuuużo satysfakcji.
  16. Zaakceptowałam siebie i utemperowałam swój perfekcjonizm.
  17. Odnalazłam miłość na konferencji psychiatrycznej.
  18. Zaangażowałam się społecznie na rzecz osób po kryzysach psychicznych.
  19. Prawdziwych przyjaciół poznałam w biedzie…
  20. Sięgnęłam dna i zobaczyłam jak tam jest, po to by nauczyć się latać!

Zastanawiałaś/łeś się kiedyś nad swoją listą docenienia kryzysu? Mit, że kryzys jedynie odbiera, trzeba na dobre między bajki włożyć. Oczywiście nie jest też tak, że tylko daje. Mam też długą listę strat, ale…, i ale jest tu bardzo ważne, to my wybieramy, którą listę powiesimy sobie na lodówce i jakiego koloru myśli będą nam się kłębić w głowie.

Bez względu na to, czy zapisane w niebie, czy wytyczone przez los, nasze ścieżki mogą prowadzić do zdrowienia. Mój przystanek zdrowie trwa już parę ładnych lat. Dlatego wyszłam na plus i w ostatecznym rachunku wszystkim tego życzę – ZDROWIA KOCHANI! 🙂

Jak zwykle zapraszam. Napisz do mnie>> lub podziel się myślami w komentarzu pod wpisem!

#30 Nowa mantra: „Czy wzięłaś/wziąłeś dziś leczki?”

Wpychano mi je szpatułką do gardła w szpitalu tak, bym nie mogła ich wypluć, schować pod język, czy skrzętnie ukryć gdzieś w policzku. Jak po takich doświadczeniach można mówić na nie z czułością „leczki”? Zapraszam do wpisu o przemianie w nastawieniu do farmakoterapii, która zadziała się we mnie dzięki psychoterapii i dobrym ludziom.

„Czy wzięłaś dziś leczki? Ale czy na pewno? Czy już?” Ile razy zdarza Wam się słyszeć takie pytania? Mnie przypominanie o łykaniu psychotropów bardzo, ale to bardzo i długo najzwyczajniej w świecie WKURZAŁO! Oj jak mnie to irytowało! Minęły lata, zanim zrozumiałam, że mantra leczkowa jest w rozumieniu bliskich wyrazem troski i okazywaniem zainteresowania. Minęły lata, zanim zrozumiałam, że ktoś dopytuje z powodu niepokoju o mnie, że chce dobrze i w ten sposób mówi „chcę Cię wesprzeć”.

No dobra, ale skąd takie negatywne nastawienie do leczków? W mojej historii chorowania niejednokrotnie leki były obiektem opresji. Podawano mi je w szpitalu wręcz przemocą. Wiem, że chciano dobrze, ale sposób, w jaki to robiono, sprawił, że na leki miałam odruch wymiotny. Druga sprawa niezwykle istotna to AKCEPTACJA CHOROBY. Im bardziej ją akceptuję, tym bardziej posuwam się do przodu na drodze zdrowienia. Dopiero, kiedy przyszła akceptacja, przyszło też do mnie stwierdzenie: „Mam chorobę. Są na nią leki. Doskonale, będę je brać, bo one mi pomagają”. To wielki skrót w dochodzeniu do pogodzenia się z chorobą. Uwierzcie, że była to długa droga, która zajęła mi parę nieładnych lat. Niemniej uważam, że bez względu na to, ile to zajmie, najważniejszy jest fakt, że akceptacja w końcu przychodzi.

Co wpłynęło na moją akceptację choroby i chęć brania leków, które parokrotnie odstawiałam wcześniej? To pytanie, które często słyszę. Zatem oto lista rzeczy, które pomogły mi w tym temacie.

  • dobre doświadczenie ze szpitala, w którym zachęcano mnie do leków, a nie „wciskano je na siłę”;
  • upływ czasu, który sprawił, że przestałam czuć skutki uboczne;
  • dobre dobranie leków z dobrym psychiatrą;
  • wspaniali ludzie i ich doświadczenia pozytywne z lekami, ich świadectwa;
  • własne doświadczenie wraz z biegiem lat, że leki pozwalają utrzymać remisję i nie ograniczają mojego funkcjonowania;
  • rozmowy, długie rozmowy na ten temat z psychoterapeutką, która nie osądzała moich wątpliwości;
  • poznanie różnych metod pozafarmakologicznych, które pozwoliły mi wzmocnić siebie i zrozumieć, że leczki dopełniają całościowe dbanie o siebie;
  • wspierające otoczenie, które nie traktuje brania przeze mnie leków, jako czegoś dziwnego, ale mówi o nich jak o leczkach zwyczajnych, jak na każdą inną chorobę.

O leczkach mogłabym godzinami, ale nie o to w tym wpisie chodzi, dlatego poruszę jeszcze dwie ważne dla mnie kwestie: SKUTKI UBOCZNE i GMERANIE PRZY LECZKACH.

„Ten lek nie ma skutków ubocznych. Nie może Pani się tak czuć” – usłyszałam kiedyś od dawnej lekarki. Otóż czułam się tak, jak się czułam, i miałam do tego prawo. To, że lekarz nie chciał o tym rozmawiać, było kwestią jego braku kompetencji. Teraz o tym wiem, mając lekarkę, która wszystko mi wyjaśnia na temat moich leków, której mogę zaufać i która przede wszystkim nie ignoruje i nie bagatelizuje moich spostrzeżeń. Nawet leki najnowszej generacji mają skutki uboczne. Każdy organizm odczuwa je inaczej, ponieważ każdy reaguje na leki inaczej. Warto jednak wiedzieć, że grom skutków ubocznych po prostu mija po kilku miesiącach. Warto też wspierać się innymi technikami dbania o siebie, żeby te skutki uboczne zminimalizować lub całkowicie opanować. Warto też nie bać się być w kontakcie z lekarzem i kiedy coś nam doskwiera, mówić o tym. Być może czasem trzeba po dłuższym czasie zmienić lek na inny, nowocześniejszy lub starszy, zależnie od potrzeb organizmu.

Tzw. GMERANIE PRZY LEKACH na własną rękę to coś, czego nie polecam nikomu. Sama próbowałam i muszę stwierdzić głośno, że na pewno nie jestem najlepszym lekarzem dla siebie. To moja Pani Doktor zna się na leczkach lepiej ode mnie i na podstawie moich relacji lepiej wie, jak je próbować ustawić, w końcu poświęciła na studiowanie tajników ustawiania leków lata studiów i praktyki zawodowej. Oddaje więc jej odpowiedzialność za dobieranie dawek w danym okresie czasu. A to, jak dobrze uda jej się moje leczki ustawić, zależy w dużym stopniu od tego, jak otwarcie będę jej opowiadać o tym, jak się czuję, co robię, jak żyję. Obecnie mam bardzo niskie dawki dwóch leków z zamysłem, że będę z nich stopniowo i powoli schodzić do dawek podtrzymujących, kiedy przyjdzie w moim życiu bardziej stabilny czas. Były jednak okresy, kiedy zwiększałyśmy leki wspólnie czy dokładałyśmy lek doraźnie. Był okres, kiedy brałam pięć różnych leków. Każdy z tych etapów jest OK, bo każdy pozwolił mi dobrze funkcjonować z lekami.

Temat rzeka, ale nie chcę zbytnio przedłużać tej wypowiedzi 😊 . Życzę Wam dobrej współpracy z lekarzami i lekarkami oraz  odwagi i zaufania, które służą wszystkim zmianom przy lekach, a przede wszystkim dobrej stabilizacji na dobrze dobranych leczkach.

Niech zdrówko będzie z nami! 😊

Chcesz się czymś podzielić. Napisz do mnie >> lub napisz poniżej komentarz. Zapraszam.

#29 Kiedy stałam się dziełem sztuki – przygoda z wystawą „Tacy jak Ty” Fundacji ITAKA

Jak to jest, że pączka z nadzieniem zaczyna się przeważnie zawsze od tej strony, w której nadzienia nie ma? Tak też zaczęłam swoją rozmowę z Karoliną Jonderko, czyli fotografką, która stworzyła dla Fundacji ITAKA wystawę „Tacy jakTy”. Nadzieniem było oczywiście zdrowienie. Etap słodki, rozciągliwy w czasie i przyjemny…

W dniach 23 – 29 listopada w holu głównym Dworca Centralnego w Warszawie można doświadczyć wystawy „Tacy jak Ty” zorganizowanej przez Fundację ITAKA. Jestem też częścią tej wystawy. Jest na niej opublikowane moje zdjęcie w rozmiarze rzeczywistym z twarzą przysłoniętą lustrem. Po co? Po to, by każdy mógł się przejrzeć jak w lustrze w mojej historii, która umieszczona jest zaraz przy zdjęciu.

Moja historia? Historia znana jak świat. Ktoś nie chorował. Zaczyna chorować, choruje, a potem zdrowieje. W wystawie chodzi o to, by poszukać punktów wspólnych między doświadczeniami bohaterów i bohaterek wystawy a doświadczeniami jej odbiorców. Sama przygotowałam opis, który został umieszczony na wystawie. To moja narracja o kawałku mojego życia.

Przy tej okazji ze stresu zjadłam pączka i widzę, że nie mogę się od metafory pączka już uwolnić. Pączek chowa w środku wiele smakowitości i czytając historie pozostałych osób mam wrażenie, że odważyliśmy się na wystawie wypowiedzieć wiele smaczków. Czasami jednak są to pączki z różą, ale taką, która ma kolce. Wystawa jest TAKA JAK ŻYCIE, a bohaterowie TACY JAK MY.

Jestem szalenie podekscytowana, że wzięłam udział w tym projekcie. Dzięki niej mam poczucie olbrzymiej wspólnoty doświadczeń zarówno z bohaterami wystawy, jak i odbiorcami. TO wystawa, która ma łączyć i pokazywać punkty styku. Dla mnie to też opowieść o zwyczajności, o tym, że kryzys psychiczny po prostu może nam się zdarzyć, np. możemy opowieść o nim napotkać przypadkowo w podróży, gdzieś tam na Dworcu Centralnym w Warszawie. 😊

A tak zupełnie na poważnie to przy okazji tej wystawy zaczęłam (poza jedzeniem pączka) zastanawiać się też nad granicami ujawniania informacji o chorobie. Dlaczego decyzja o ujawnieniu choroby zawsze kosztuje nas co najmniej jednego pączka? Dlaczego to takie stresujące? Przecież to choroba taka jak każda inna. Przynajmniej w idealnym świecie taka powinna być. Całkiem zwyczajna w swej niezwyczajności.

Zatem dla przypomnienia. W Polsce 25% osób, co 4 Polak lub Polka, ma w swoim życiu sytuację kryzysu psychicznego. Innymi słowy, co czwarta osoba, którą znamy, mogłaby mieć postawią diagnozę choroby lub zaburzenia psychicznego. Dlaczego nie zacząć o tym mówić i rozmawiać na ten temat? Zapraszam jak zwykle do komentarzy pod wpisem lub kontaktu na mailu tutaj >>

Dziękuję Fundacji ITAKA za super przygodę!

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: