Featured

#1 Jak zostałam pilotem F.20? Od autostygmatyzacji do nowej tożsamości!

To był rok 2012. Dokładnie końcówka roku, bo zima. Siedziałam sobie spokojnie w szpitalu psychiatrycznym, gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia i wtedy to się stało. Ni stąd ni zowąd dostałam licencję na mój nowy odrzutowiec!

Nigdy wcześniej nie latałam, więc było to wielkie zaskoczenie. Lekarz zaprosił mnie na kilkuminutową pogawędkę o tym czy zdaje sobie sprawę z tego jak to jest „latać odrzutowcem”. Powiedział parę słów na temat statystyk młodych tak jak ja pilotów ( z którymi się zresztą z marszu nie zgadzałam). Powiedział, że tacy piloci powinni brać leki (ściślej przepisane mi po raz pierwszy w życiu psychotropy, których z marszu nie chciałam brać). Powiedział, że tak już jest i musi być (w co z marszu nie chciałam uwierzyć). Jednym słowem powiedział,, że od teraz mam F kropka 20. Brakowało tylko słów: „No to leć!” i „Zobaczymy jak szybko znów Pani u nas wyląduje”

WAŻNE – W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD 11 – skrót F.20 oznacza schizofrenię paranoidalną i o niej tu mowa.

Lądowałam awaryjnie jeszcze trzy razy. Za każdym razem ja i odrzutowiec były całkowicie zdruzgotane i za każdym razem dostawałam z powrotem ten sam samolot, tylko wyklepany nowymi lekami. Ale pilotem zostałam cztery lata później. Po tych czterech, długich jak pas startowy Hartsfield-Jackson Atlanta International Airport, latach w końcu zrozumiałam jak trzymać ster, jak analizować wszystkie kontrolki na kokpicie, jak współpracować z wieżą – słowem jak się nie dać tej maszynie z którą przyszło mi żyć.

Teraz, choć to dziwnie zabrzmi, ale pewnie jest wytłumaczeniem dla powstania tego bloga, moja „efka” jest moim cennym cacuszkiem, które buja w obłokach, wzbija się i opada, omija burze, sprytnie przechodzi przez turbulencje i mam nadzieję da ową nadzieję nie jednej pilotce i niejednemu pilotowi z F.20, czyli całemu 1% polskiego społeczeństwa. 1% który nie zmienia się od wieków, niezależny jest od katastrof i wydarzeń historycznych, społecznych, politycznych, a więc wyjątkowemu 1% fighterów.

Autostygmatyzacja brzmi wybornie, bo przypomina troszkę termin lotniczy. „Auto” niczym „autopilot” i na tej automatyczności podobieństwo się kończy. Z członem „stygmatyzacja” jest już całkiem gorzej. O co zatem chodzi? Automatycznie po otrzymaniu licencji F.20 zostałam pilotem, ale takim co nie wie jak z efką latać. Dodatkowo szeroko rozumiane społeczeństwo polskie, a nawet światowe (sorry za uogólnienie, jeśli ktoś z „normalsów” poczuł się urażony) odczytuje taką licencje jako jedną z największych ujm na godności, honorze i nie wiadomo co tam jeszcze. Nie? No to przypatrzmy się badaniom:

W odbiorze społecznym osoby w kryzysie psych. są niebezpieczne (70%), agresywne (61%), nieprzewidywalne (85%), powinny być izolowane od społeczeństwa (31%).

(Mroczek, 2014)

„W społeczeństwie polskim bardzo powszechne jest postrzeganie osoby z zaburzeniami psychicznymi tylko w kontekście jej choroby, a indywidualne cechy niemal całkowicie znikają z pola widzenia. Na pierwszy plan wysuwa się choroba psychiczna, która definiuje osobę, najczęściej w pejoratywnym sensie, budzącym lęk i niepewność, co wzmacnia negatywny stereotyp. Odczucie lęku w trakcie kontaktu z osobą chorą psychicznie jest czymś „naturalnym” dla osób nieposiadających wiedzy ani doświadczenia w zakresie psychiatrii.”

(Babicki i in., 2018)

To cytaty jedne z tryliarda, które mówią o zjawisku stygmatyzacji w Polsce (o czym zapewne jeszcze nie jeden wpis). Wracając jednak do autostygmatyzacji, rozumianej tutaj jako złe myślenie na własny temat w kontekście posiadania choroby psychicznej, to tak – myślałam o sobie jak o kimś kto nie jest już człowiekiem, a jest chorobą albo po prostu nikim. Nikim ważnym, nikim potrzebnym, nikim przydatnym, nikim wartościowym, nikim mądrym, nikim którego zdanie się liczy, nikim ładnym, nikim, nikim, nikim. Takie myślenie nie zawiodło mnie zbyt daleko. Dystans był krótki, bo od ostrej krawędzi do nadgarstka. Po prostu chciałam zniknąć.

Co zmieniło moje myślenie? Oj tutaj jest tak wiele zdarzeń, ludzi i sytuacji niczym ziarenek piasku na pustyni. Pamiętam jednak pierwszy głos (i nie mam tu na myśli omamów), który do mnie przemówił. Nic dziwnego, że była to książka. Elyn Saks napisała w niej:

„Prawdziwi przyjaciele pomagają nam wytyczać drogę przez życie i kiedy pierwsze niejasne oznaki schizofrenii zaczynały zaburzać moją zdolność jasnego myślenia, Kenny był dla mnie niczym przewodnik po lesie. Idąc ścieżką zarośniętą jeżynami i pełną kamieni, która nagle zaczyna się wić, łatwo zabłądzić, zmęczyć się lub zniechęcić. Może nas nawet kusić, by zupełnie się poddać. Gdy jednak pojawi się jakiś dobry i cierpliwy człowiek i weźmie nas za rękę, mówiąc: „Widzę, że ci ciężko, chodź za mną, pomogę ci odnaleźć drogę”, wtedy kroczenie ścieżką staje się łatwiejsze i mniej przerażające.”

Elyn Saks „Schizofrenia, moja droga przez szaleństwo”

I tak wsłuchałam się w przyjaciół, bliskich. Było wśród nich wiele nowych osób, ponieważ dawni znajomi odeszli, gdy zostałam pilotem. Choroba była papierkiem lakmusowym naszych znajomości. Całe szczęście poznałam innych początkujących i tych bardziej dojrzałych stażem pilotów i… to było coś. Powoli zaczęłam budować swoją nową tożsamość, której efka stała się jedynie częścią. Zrozumiałam, że znaczę więcej niż w tamtej chwili byłam w stanie sama o sobie pomyśleć. Długa to była droga, droga przez szaleństwo…

Pilotujesz swój samolot? A może nigdy nie słyszałeś o F.20? Chętnie odpowiem na Wasze pytania. Zostaw komentarz 😊

Zdjęcie za uprzejmością wspaniałego człowieka, właściciela strony hesja.pl na którą kieruję fanów lotnictwa ❤

#30 Nowa mantra: „Czy wzięłaś/wziąłeś dziś leczki?”

Wpychano mi je szpatułką do gardła w szpitalu tak, bym nie mogła ich wypluć, schować pod język, czy skrzętnie ukryć gdzieś w policzku. Jak po takich doświadczeniach można mówić na nie z czułością „leczki”? Zapraszam do wpisu o przemianie w nastawieniu do farmakoterapii, która zadziała się we mnie dzięki psychoterapii i dobrym ludziom.

„Czy wzięłaś dziś leczki? Ale czy na pewno? Czy już?” Ile razy zdarza Wam się słyszeć takie pytania? Mnie przypominanie o łykaniu psychotropów bardzo, ale to bardzo i długo najzwyczajniej w świecie WKURZAŁO! Oj jak mnie to irytowało! Minęły lata, zanim zrozumiałam, że mantra leczkowa jest w rozumieniu bliskich wyrazem troski i okazywaniem zainteresowania. Minęły lata, zanim zrozumiałam, że ktoś dopytuje z powodu niepokoju o mnie, że chce dobrze i w ten sposób mówi „chcę Cię wesprzeć”.

No dobra, ale skąd takie negatywne nastawienie do leczków? W mojej historii chorowania niejednokrotnie leki były obiektem opresji. Podawano mi je w szpitalu wręcz przemocą. Wiem, że chciano dobrze, ale sposób, w jaki to robiono, sprawił, że na leki miałam odruch wymiotny. Druga sprawa niezwykle istotna to AKCEPTACJA CHOROBY. Im bardziej ją akceptuję, tym bardziej posuwam się do przodu na drodze zdrowienia. Dopiero, kiedy przyszła akceptacja, przyszło też do mnie stwierdzenie: „Mam chorobę. Są na nią leki. Doskonale, będę je brać, bo one mi pomagają”. To wielki skrót w dochodzeniu do pogodzenia się z chorobą. Uwierzcie, że była to długa droga, która zajęła mi parę nieładnych lat. Niemniej uważam, że bez względu na to, ile to zajmie, najważniejszy jest fakt, że akceptacja w końcu przychodzi.

Co wpłynęło na moją akceptację choroby i chęć brania leków, które parokrotnie odstawiałam wcześniej? To pytanie, które często słyszę. Zatem oto lista rzeczy, które pomogły mi w tym temacie.

  • dobre doświadczenie ze szpitala, w którym zachęcano mnie do leków, a nie „wciskano je na siłę”;
  • upływ czasu, który sprawił, że przestałam czuć skutki uboczne;
  • dobre dobranie leków z dobrym psychiatrą;
  • wspaniali ludzie i ich doświadczenia pozytywne z lekami, ich świadectwa;
  • własne doświadczenie wraz z biegiem lat, że leki pozwalają utrzymać remisję i nie ograniczają mojego funkcjonowania;
  • rozmowy, długie rozmowy na ten temat z psychoterapeutką, która nie osądzała moich wątpliwości;
  • poznanie różnych metod pozafarmakologicznych, które pozwoliły mi wzmocnić siebie i zrozumieć, że leczki dopełniają całościowe dbanie o siebie;
  • wspierające otoczenie, które nie traktuje brania przeze mnie leków, jako czegoś dziwnego, ale mówi o nich jak o leczkach zwyczajnych, jak na każdą inną chorobę.

O leczkach mogłabym godzinami, ale nie o to w tym wpisie chodzi, dlatego poruszę jeszcze dwie ważne dla mnie kwestie: SKUTKI UBOCZNE i GMERANIE PRZY LECZKACH.

„Ten lek nie ma skutków ubocznych. Nie może Pani się tak czuć” – usłyszałam kiedyś od dawnej lekarki. Otóż czułam się tak, jak się czułam, i miałam do tego prawo. To, że lekarz nie chciał o tym rozmawiać, było kwestią jego braku kompetencji. Teraz o tym wiem, mając lekarkę, która wszystko mi wyjaśnia na temat moich leków, której mogę zaufać i która przede wszystkim nie ignoruje i nie bagatelizuje moich spostrzeżeń. Nawet leki najnowszej generacji mają skutki uboczne. Każdy organizm odczuwa je inaczej, ponieważ każdy reaguje na leki inaczej. Warto jednak wiedzieć, że grom skutków ubocznych po prostu mija po kilku miesiącach. Warto też wspierać się innymi technikami dbania o siebie, żeby te skutki uboczne zminimalizować lub całkowicie opanować. Warto też nie bać się być w kontakcie z lekarzem i kiedy coś nam doskwiera, mówić o tym. Być może czasem trzeba po dłuższym czasie zmienić lek na inny, nowocześniejszy lub starszy, zależnie od potrzeb organizmu.

Tzw. GMERANIE PRZY LEKACH na własną rękę to coś, czego nie polecam nikomu. Sama próbowałam i muszę stwierdzić głośno, że na pewno nie jestem najlepszym lekarzem dla siebie. To moja Pani Doktor zna się na leczkach lepiej ode mnie i na podstawie moich relacji lepiej wie, jak je próbować ustawić, w końcu poświęciła na studiowanie tajników ustawiania leków lata studiów i praktyki zawodowej. Oddaje więc jej odpowiedzialność za dobieranie dawek w danym okresie czasu. A to, jak dobrze uda jej się moje leczki ustawić, zależy w dużym stopniu od tego, jak otwarcie będę jej opowiadać o tym, jak się czuję, co robię, jak żyję. Obecnie mam bardzo niskie dawki dwóch leków z zamysłem, że będę z nich stopniowo i powoli schodzić do dawek podtrzymujących, kiedy przyjdzie w moim życiu bardziej stabilny czas. Były jednak okresy, kiedy zwiększałyśmy leki wspólnie czy dokładałyśmy lek doraźnie. Był okres, kiedy brałam pięć różnych leków. Każdy z tych etapów jest OK, bo każdy pozwolił mi dobrze funkcjonować z lekami.

Temat rzeka, ale nie chcę zbytnio przedłużać tej wypowiedzi 😊 . Życzę Wam dobrej współpracy z lekarzami i lekarkami oraz  odwagi i zaufania, które służą wszystkim zmianom przy lekach, a przede wszystkim dobrej stabilizacji na dobrze dobranych leczkach.

Niech zdrówko będzie z nami! 😊

Chcesz się czymś podzielić. Napisz do mnie >> lub napisz poniżej komentarz. Zapraszam.

#29 Kiedy stałam się dziełem sztuki – przygoda z wystawą „Tacy jak Ty” Fundacji ITAKA

Jak to jest, że pączka z nadzieniem zaczyna się przeważnie zawsze od tej strony, w której nadzienia nie ma? Tak też zaczęłam swoją rozmowę z Karoliną Jonderko, czyli fotografką, która stworzyła dla Fundacji ITAKA wystawę „Tacy jakTy”. Nadzieniem było oczywiście zdrowienie. Etap słodki, rozciągliwy w czasie i przyjemny…

W dniach 23 – 29 listopada w holu głównym Dworca Centralnego w Warszawie można doświadczyć wystawy „Tacy jak Ty” zorganizowanej przez Fundację ITAKA. Jestem też częścią tej wystawy. Jest na niej opublikowane moje zdjęcie w rozmiarze rzeczywistym z twarzą przysłoniętą lustrem. Po co? Po to, by każdy mógł się przejrzeć jak w lustrze w mojej historii, która umieszczona jest zaraz przy zdjęciu.

Moja historia? Historia znana jak świat. Ktoś nie chorował. Zaczyna chorować, choruje, a potem zdrowieje. W wystawie chodzi o to, by poszukać punktów wspólnych między doświadczeniami bohaterów i bohaterek wystawy a doświadczeniami jej odbiorców. Sama przygotowałam opis, który został umieszczony na wystawie. To moja narracja o kawałku mojego życia.

Przy tej okazji ze stresu zjadłam pączka i widzę, że nie mogę się od metafory pączka już uwolnić. Pączek chowa w środku wiele smakowitości i czytając historie pozostałych osób mam wrażenie, że odważyliśmy się na wystawie wypowiedzieć wiele smaczków. Czasami jednak są to pączki z różą, ale taką, która ma kolce. Wystawa jest TAKA JAK ŻYCIE, a bohaterowie TACY JAK MY.

Jestem szalenie podekscytowana, że wzięłam udział w tym projekcie. Dzięki niej mam poczucie olbrzymiej wspólnoty doświadczeń zarówno z bohaterami wystawy, jak i odbiorcami. TO wystawa, która ma łączyć i pokazywać punkty styku. Dla mnie to też opowieść o zwyczajności, o tym, że kryzys psychiczny po prostu może nam się zdarzyć, np. możemy opowieść o nim napotkać przypadkowo w podróży, gdzieś tam na Dworcu Centralnym w Warszawie. 😊

A tak zupełnie na poważnie to przy okazji tej wystawy zaczęłam (poza jedzeniem pączka) zastanawiać się też nad granicami ujawniania informacji o chorobie. Dlaczego decyzja o ujawnieniu choroby zawsze kosztuje nas co najmniej jednego pączka? Dlaczego to takie stresujące? Przecież to choroba taka jak każda inna. Przynajmniej w idealnym świecie taka powinna być. Całkiem zwyczajna w swej niezwyczajności.

Zatem dla przypomnienia. W Polsce 25% osób, co 4 Polak lub Polka, ma w swoim życiu sytuację kryzysu psychicznego. Innymi słowy, co czwarta osoba, którą znamy, mogłaby mieć postawią diagnozę choroby lub zaburzenia psychicznego. Dlaczego nie zacząć o tym mówić i rozmawiać na ten temat? Zapraszam jak zwykle do komentarzy pod wpisem lub kontaktu na mailu tutaj >>

Dziękuję Fundacji ITAKA za super przygodę!

#28 Granice zdrowej duchowości a urojenia religijne?

Bach! Jak grom z jasnego nieba, na moim mailu,  pojawiło się pytanie o duchowe przeżywanie. Odpowiadam – naturalnie jako pilot też mam do niego prawo, ale… Nie raz udało mi się samą siebie zapędzić w kozi róg. Dzisiaj zatem poruszam jak dla mnie jeden z najbardziej intymnych tematów – GRANICE DUCHOWOŚCI.

Dla tych, co szerzą ideę „duchowości bez granic”, która „jest wszędzie i zawsze”, mam przykrą wiadomość. Wierzę głęboko, że niektórym to może pomagać. Mi natomiast pomaga wyznaczanie sobie granic życia duchowego. Dlaczego? Mam łatwość głębokiego przeżywania emocjonalnego doświadczeń i rytuałów duchowych. Bez stawiania granic łatwo popadam w urojenia religijne lub chociażby myślenie magiczne.

Niemniej duchowość przysparza mi nie tylko problemów, lecz także i przede wszystkim sporo radości. To dzięki niej doceniam drobnostki życia codziennego i przeważnie cieszę się każdym dniem. Duchowość bardzo pomaga w zdrowieniu, ponieważ może motywować do dbania o siebie i innych wokół.

„Zabierzcie mi moje demony, zostawcie mi tylko anioły” – to marzenie wielu osób chorujących na schizofrenię. No cóż, wiele objawów choroby, w tym urojenia religijne, może być czasem przyjemnych. Jak tu nie czerpać przyjemności z tego, że Bóg naprawdę mówi do nas i tylko do nas, choć normalnie na na co dzień Go w ten sposób nie słyszymy? W schizofrenii można mieć z Bogiem niesłychanie intymny kontakt.  Jeśli jednak rozmowa przedłuża na godziny i widzimy, że na naszych oczach dzieją się cuda, których nie widzi nikt inny, to mamy problem. Potem trudno uwierzyć, że… to była jedynie choroba.

Druga strona medalu to cierpienie i wstyd, jakie dają urojenia religijne. Kiedyś położyłam się krzyżem na chodniku przed sąsiadami i nawoływałam ich do modlitwy. O jakże mi było wstyd, że wszyscy byli świadkami widowiska, jakie im zaserwowałam! O jakże cierpiałam z tego powodu, kiedy naprawdę miałam przekonanie, głębokie przekonanie, że Słońce zbliża się w tym momencie do Ziemi i tylko głęboka i natychmiastowa modlitwa wszystkich jest w stanie nas ocalić.

Dla tych co chcą więcej dowiedzieć się o urojeniach, zapraszam do wpisu tutaj >>

Głosy z piekieł są przerażające, męczące i straszne. Nawołują do zabicia siebie, straszą ciemnościami i mrokiem, prowadzą do głębokich lęków. Podczas psychoterapii długo leczyłam się z halucynacji, w których zobaczyłam swój Sąd Ostateczny. Cóż pisać więcej, nie wypadłam na nim najlepiej.

Właśnie dlatego potrzebuję zdrowych granic duchowości. Jakie to granice?

  • stronię od myślenia życzeniowego, magicznego
  • raczej wyrażam wdzięczność, niż proszę i czekam, że coś się wydarzy
  • racjonalizuję pozytywne wydarzenia, nie odbierając sobie ich blasku i radości z nich
  • kiedy potrzebuję, rozmawiam o moich wątpliwościach z księdzem, przyjaciółmi
  • nie przekonuję innych do mojego duchowego punktu widzenia i szanuję duchowość każdego człowieka
  • nie tęsknie za urojeniami religijnymi, bo z moich obliczeń wynika, że więcej było w tym cierpienia, niż pozytywnych odczuć.

Jeszcze jedna ważna kwestia. Przede wszystkim nie mieszam duchowości do psychoterapii i na odwrót i strasznie wkurza mnie, jak ktoś to robi. Dlatego też nie popieram poniżej prowadzonej od lat kampanii pewnego wydawnictwa, które w pudełku imitującym lekarstwa sprzedaje modlitwy i obrazki na depresję poporodową i „syndrom poaborcyjny”.

Foto, facebook

Duchowość może pomagać i wiem, że tak się dzieje, ale nie zastąpi dobrej, długofalowej psychoterapii i farmakoterapii. W ich działanie także głęboko wierzę!

Chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami? Zapraszam do kontaktu >> Będę również wdzięczna za pozostawienie komentarza pod wpisem. Może masz jakieś komentarze, przemyślenia, refleksje? Zapraszam. Bądźmy w kontakcie! ❤

#27 Piekło kobiet ze schizofrenią*

„Ma Pani schizofrenię? Aha to już rozumiem, dlaczego nie ma Pani dziecka…” „W Pani przypadku lepiej nie planować ciąży.” „Chce Pani rodzić, a wie Pani, że dziecko odziedziczy chorobę?” Porozmawiałam z pilotkami, które pilotują od lat F.20 (schizofrenię) o ich doświadczeniach w planowaniu ciąży, o ich rozmowach z lekarzami (kilka cytatów ginekologów powyżej), zatem o ich marzeniach na przyszłość. Dziecko to także moje marzenie, dlatego postanowiłam dowiedzieć się w tej materii więcej i odczarować to, co zwykłyśmy słuchać w gabinetach ginekologicznych.

Kobieta ze schizofrenią nie może adoptować dziecka, ponieważ jej choroba jest przewlekła i żadną miarą nie otrzyma zgody na adopcję. Zatem jedynym rozwiązaniem w tym przypadku jest urodzenie własnego potomstwa samodzielnie. Mamy nawet powiedziane w standardach opieki okołoporodowej, że schizofrenia jest wskazaniem do wykonania cesarskiego cięcia. Zatem jedynym rozwiązaniem jest poród przez cesarkę. Dwa wybory mamy już załatwione regulacjami, ale na tym trudy wolności rodzicielek ze schizofrenią się nie kończą…

„Nie powinna Pani myśleć o dziecku. Dziecko urodzi się martwe, a w najlepszym przypadku z wieloma wadami wrodzonymi. To przez leki, które Pani zażywa…” Takie wywody brzmią jak żywcem wzięte  ze średniowiecza, niemniej moja znajoma usłyszała je nie tak dawno temu z ust „zaufanego” ginekologa. Kiedy pierwszy raz przyszła do niego, chętnie przepisywał jej tabletki antykoncepcyjne. Kiedy powiedziała mu o schizofrenii, zmarszczył czoło i nic nie powiedział. Kiedy po latach powiedziała, że antykoncepcja nie jest jej już potrzebna, rzucił jej powyższym tekstem w twarz.

„Tę chorobę dziedziczy się z kilkunastoprocentowym prawdopodobieństwem. A jeśli akurat wypadnie na Pani dziecko, to co będzie?” Rzekła z troską, tym razem ginekolog, kobieta.. Kiedy zdziwiona zapytała mnie o chorobę i usłyszała moje plany na przyszłość, była w szoku i okazała się sprawnie straszącym matematykiem.

Dopiero ostatnimi czasy natknęłam się na profesjonalnego ginekologa, który stwierdził rzeczowo: „Co z tego, że ma Pani schizofrenię? Od myślenia dzieci nie ma! Jeśli chce mieć Pani dziecko, proszę brać się do roboty, a ja to ogarnę z Pani psychiatrą.” Otóż to! Jak to jest z ciążą pilotek F.20?

Po pierwsze kobieta ze schizofrenią może urodzić normalne, zdrowe dziecko.

Po drugie jak każda ma prawo do jego planowania.

Po trzecie musi być podczas ciąży pod opieką nie tylko ginekologa, lecz także psychiatry, który o ciąży wie już na etapie jej planowania.

Jak rozglądam się wokół widzę, jak wiele lęku narasta wokół tematu ciąży w chorobie psychicznej. Tymczasem dobry psychiatra wie, jak poprowadzić taką ciążę, wie w którym trymestrze jak i jakie leki dawkować. Mitem jest, że w trakcie ciąży wcale nie zażywa się leków. Warto ten temat szczegółowo skonsultować ze swoim psychiatrą. Dzięki temu ciąża może przebiegać zdrowo zarówno dla dziecka, jak i dla mamy.

Życzę Wam samych wspaniałych marzeń, ich realizacji i dużo zdrowia. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami – zapraszam do kontaktu >> Będzie mi też miło, jeśli zostawisz komentarz.

 P.S. Pozostałe prawa dla kobiet rodzących? No cóż, mamy ich coraz mniej…

***** ***

#26 Zostawili mnie… a ja mówię świętujmy!

Odrzucenie jest doświadczeniem wielu osób po kryzysach psychicznych. Także moim. Telefony kiedyś umilkły. Internet się zawiesił. Drzwi przestały pukać. Na samo wspomnienie mam dreszcze w całym ciele. To był cholernie ciężki okres. Dlaczego dzisiaj przy wielkim święcie Zdrowia Psychicznego wspominam właśnie ten czas? Dlatego, że Światowe Dni Zdrowia Psychicznego to święto, podczas którego wszyscy z „efką” powinni trzymać się razem. Dzisiaj możemy nawet zrobić dla siebie coś więcej. Co? Podpisać petycję!

Dzień Zdrowia Psychicznego wypada 10-go października. To bardzo ważny dzień nie tylko dla pilotów z „efką”. To święto dla wszystkich wrażliwych na kwestie zdrowia psychicznego. Długo zastanawiałam się, jak go świętować w tym roku i… przed oczami przesunęły mi się te wszystkie osoby, które odeszły ode mnie z powodu diagnozy. Smutno mi, ale nie dlatego, że już ich nie ma w moim życiu. Współczuje im, że mają taki opór i brak empatii. Współczuje im, bo temat choroby psychicznej to temat uniwersalny. Współczuje, bo życzę im dzisiaj wszystkiego, co najlepsze, ale życie stawia przed nami trudności, a oni stracili bliską osobę tylko dlatego, że nie umieją tych trudności dopuszczać do swojej świadomości. I jeszcze im podziękuję, bo bez nich tego wpisu by nie było. Tak, głęboko wierzę, że każde doświadczenie ma jakiś sens, zatem wiele mnie okres samotności bez tych osób nauczył.

„Wymyśliłaś to sobie”, „To choroba duszy, po prostu za mało się modlisz”, „Jesteś zwykłą paranoiczką, to wiele wyjaśnia, zrozum nie można się z Tobą już przyjaźnić”, „Zrywam z Tobą, bo, no wiesz, jesteś inna i po tobie to widać”, „Jesteś nie dla mnie”.

Byli bliscy

Zranienia łatwo nie znikają. Pamiętam doskonale kto, w jakiej chwili i nawet jakim tonem wypowiadał te słowa. Z przeszłością jednak już tak jest, że nie można jej zmienić. Ona już się wydarzyła. To, co można z nią zrobić, to zmienić do niej stosunek, np. podczas terapii. Następny krok po pozbyciu się żalu, bólu i poczucia krzywdy, to zapalenie w sobie nadziei i ponowne zaufanie komuś nowemu. Jest to szalenie trudne, ale uwierzcie, da się zrobić.

W Światowym Dniu Zdrowia Psychicznego myślę więc o wszystkich tych, którzy są przy mnie, wiedząc o mojej chorobie. Pojawiali się w moim życiu całkiem przypadkowo i powoli, a dzisiaj bez mojej gromadki – mojej osobistej grupy wsparcia – nie wyobrażam sobie latania. Fajna jest świadomość, że tę grupę można budować przez całe życie i podlewać, pielęgnować niczym egzotyczną kryzysożerną roślinę, która właśnie nie jeden kryzys schrupie niczym przelatującą muszkę. Wiem, wiem, jestem mistrzynią porównań. Wybaczcie 😊.

I Ty, który to czytasz – uśmiecham się do Ciebie. Czy jesteś sam w Światowym Dniu Zdrowia Psychicznego? Niech ten blog będzie dla Ciebie dobrym wsparciem. Zapraszam w moją przestrzeń, kiedy tylko masz na to czas i ochotę. Bądźmy razem w święto „efowego” zdrowia, bo razem mamy siłę. To „więcej” jest teraz bardzo potrzebne polskiemu systemowi opieki psychiatrycznej. Dlatego zapraszam do wspólnego działania i podpisania petycji. Decydenci mówią nam dzisiaj: „Nie jesteście dla nas”, dlatego dajmy im znać o swoich racjach. O Centrach Zdrowia Psychicznego pisałam tutaj >> Dzisiaj mam wiadomość, że reforma stoi pod znakiem zapytania. Dlatego walczmy o nią ramię w ramię. Petycję o przedłużenie Centrów Zdrowia Psychicznego można podpisać tutaj >>

Razem mamy siłę!

Masz jakieś pytania? Chcesz się czymś podzielić? Jak zwykle zapraszam do komentarzy lub napisania na maila. Zawsze odpowiem!

Buziaki

Kasia ❤

Na koniec piosenka, która jakoś szalenie pasuje mi do tego wpisu:

#25 Odczarujmy pobyt w szpitalu psychiatrycznym!

Wloką tam ludzi w kaftanach po korytarzach i zapinają w pasy! Testują leki na ludziach jak na królikach doświadczalnych! Wmawiają im choroby i wypuszczają z wyrokami! Słyszeliście takie mity o szpitalach psychiatrycznych? Może towarzyszy Wam lęk przed szpitalem? Otóż pora szpitale „Pe” odczarować!

Szpitale nikomu i nigdy się nie podobały. Prawda znana jak świat, że do żadnego typu szpitala nikt nie lubi trafiać, bo i nikt nie lubi mieć problemów zdrowotnych. Jest jednak też inna prawda. Być może znają, a bądź co bądź wyznają ją nieliczni: „Szpital czasami jest potrzebny” i „W szpitalu można uzyskać odpowiednią w danej sytuacji pomoc”.

Wkurza mnie fakt, że nikt się nie zastanawia nad tym, czy z zawałem lub porodem jechać do szpitala. Tymczasem jeśli chodzi o głowę? Tutaj mamy wiele pytań… Czy lądować swoim odrzutowcem w szpitalu, czy też nie? Argumentów za nie pójściem do szpitala wiele osób, ma równie wiele. Większość z tych argumentów podyktowana jest strachem. Dzisiaj napiszę o tym, że nie warto się bać tego i tych, którzy w gruncie rzeczy robią wszystko, żeby pilotowi pomóc. A psychoserwisowanie, jak nazywam hospitalizację, jest każdemu właścicielowi „eFki” czasami potrzebne. Każda maszyna, którą latamy, czasami wymaga renowacji. Pomyśleć o szpitalu jako „odnowie” – spróbujmy! Zapraszam!

Pierwsze psychoserwisowanie…

Wspominam je najokropniej. Dlatego, że znalazłam się w szpitalnym garażu po próbie samobójczej z bardzo nikłą świadomością tego, co się ze mną właściwie działo już od dawna. Z bardzo małą świadomością własnych potrzeb. Z bardzo małym wglądem we własne zdrowie. Pamiętam, jak dwa tygodnie od przyjęcia nagle znalazłam się na szpitalnej świetlicy i zapytałam siedzącego na niej pilota: „Ale gdzie ja właściwie jestem?”. Odpowiedział: „Jesteś w szpitalu psychiatrycznym”. To?! Był szok! Z perspektywy czasu wiem, że ów szok, był dla mnie najbardziej traumatyzujący w całej tej sytuacji. Rozlał się także na strach przed innymi pacjentami i brak zaufania do personelu i lekarzy. Tak! To było trudne. Kolejne hospitalizacje? To już była bułka z masłem. Dlaczego? Właśnie dlatego, że wiedziałam, gdzie się znajduję i z jakiego powodu. To, czego najbardziej potrzebujemy przy pierwszej hospitalizacji to:

  • nie doprowadzanie do stanu, kiedy hospitalizacja jest ostatecznością,
  • gdy już się tak stanie, otrzymania jak największej ilości informacji od rodziny, bliskich, lekarzy,
  • danie poczucia wsparcia i tego, że na kogoś w tej trudnej sytuacji możemy liczyć,
  • opieki, troski, odwiedzin, zapewnienia wszystkiego co w szpitalu potrzebujemy mieć,
  • spokojności ducha, że świat się nie zawalił i że potem coś na nas czeka jeszcze,

Drugie psychoserwisowanie…

Bez niego nie byłabym sobą. Podczas drugiej hospitalizacji już nie bałam się innych pacjentów i okazało się, że to fantastyczni ludzie z podobnymi problemami. Pamiętam dużą solidarność pacjentów. Do tej pory mam dwóch przyjaciół z tego okresu. Choć był to czas przed aktualną „wielką falą remontów w warszawskich szpitalach” i jeszcze wtedy warunki lokalowe były trudne – razem udawało nam się dużo śmiać i wspierać nawzajem. To CI ludzie zaszczepili we mnie pierwsze ziarenko myślenia o akceptacji choroby.

Trzecie psychoserwisowanie…

Gratuluje szczęśliwcom, którzy od razu trafiają do „dobrego” szpitala. Mi się udało do takiego trafić dopiero za trzecim razem. Piszę „dobrego”, ponieważ Instytut Psychiatrii i Neurologii był pierwszym szpitalem, na którego oddziale spotkałam się z jakimikolwiek oddziaływaniami terapeutycznymi. Psychoedukacja, która tam się odbywa, to coś, z czego czerpię po dziś dzień. Nadal techniki z treningu relaksacyjnego pomagają mi zasnąć, a objawy zwiastunowe opracowane wtedy z psychiatrą na oddziale pomagają mi walczyć skutecznie z nawrotami.

Czwarte psychoserwisowanie, a właściwie takie nic

Praktycznie go nie liczę, choć na swój sposób też było przełomowe. Za czwartym razem spakowałam się do plecaka i po raz pierwszy pojechałam na izbę przyjęć sama. Tak! Chciałam być przyjęta! Już wtedy miałam wypracowaną podczas terapii świadomość, że szpital to takie miejsce, które jest bezpieczne wtedy, kiedy inne metody zawiodą i chorobą nie daje za wygraną.

Teraz wpadam do szpitala jako Asystent Zdrowienia. Widzę, jak szpitale w Warszawie zmieniają się, zwłaszcza te objęte programem Centrów Zdrowia Psychicznego. Bardzo tym zmianom kibicuję, jak i wszystkim osobom, które czasami korzystają ze szpitala…

I na zakończenie jeszcze jedna myśl. Warto nie bać się szpitala, ale warto też nie pozwolić sobie wpaść w koło jego drzwi obrotowych. W pewnym momencie trzeba przecież wejść na dobre na drogę zdrowienia i… na ile to możliwe trzymać się jej, nawet jeśli jest wymagająca.

Na już ostateczne zakończenie kilka ogłoszeń.

We wtorek o 17:30 możecie mnie posłuchać na webinarze na FB Partnerstwa Lokalnego „Dla Mokotowa” – Moje Wierzbno – będę tam opowiadać o książkach, które pomagają w zdrowiu psychicznym.

W środę o 20:08 w Czwórce Polskiego Radia będę również opowiadać o zdrowiu psychicznym i #pogodności!

Serdecznie zapraszam! ❤

Zapraszam Was również do kontaktu, gdybyście mieli jakieś pytania dotyczące szpitali bądź chcieli podzielić się własnym zdaniem na ich temat. 🙂

#24 Pilot F.20, dobrym pracownikiem?

Na ogół jestem pozytywnie zakręconą osobą. Choroba nauczyła mnie wielu rzeczy. Wiele z nich przekłada się na moje zainteresowania i, o dziwo, także na pracę. Z uwagi na to, że mam jej ostatnio całą masę, troszkę zaniedbałam bloga. Nadszedł więc najwyższy czas na podjęcie tematu tabu. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak mało osób ze schizofrenią pracuje?

To jest temat, który mieści się w mojej szufladce „nie do pojęcia”. Nie będę wchodzić w dywagacje i rozważania nad tematem, a przedstawię fakty.

„Analizując sytuację zawodową pacjentów zwraca uwagę znaczący wzrost odsetka osób pobierających rentę wraz z czasem trwania choroby (4% podczas postawienia diagnozy vs 58% podczas dokonywania oceny), a także spadek odsetka osób pracujących (odpowiednio 46% vs 19%).”

RAPORT „Schizofrenia. Perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce”

„W chwili postawienie diagnozy 46% osób pracowało, wraz z trwaniem choroby prawie trzy czwarte tych osób utraciło pracę. Odsetek osób, które utraciły pracę rósł wraz ze wzrostem ilości hospitalizacji. Wśród pacjentów z liczbą hospitalizacji 5 i więcej ponad 90% z osób pracujących straciło pracę, gdzie u pacjentów z mniejszą niż 2 krotną liczbą hospitalizacji prawie połowa pacjentów utrzymała status zatrudnienia”.

RAPORT „Schizofrenia. Perspektywa społeczna. Sytuacja w Polsce”

Mam na swoim koncie 4 hospitalizacje. Należę do grona „pracusiów”, ale i „szczęściarzy”. Cały czas podczas mojej drogi chorowania i leczenia udało mi się utrzymać aktywność zawodową i społeczną. Niektórzy mówią: „No tak szczęściara” i rzeczywiście nie odmówię sobie stwierdzenia, że spotkałam w życiu zawodowym i nadal spotykam wielu dobrych ludzi, którzy mnie wspierali i wspierają. Z drugiej jednak strony jako „pracuś” włożyłam dużo energii i wysiłku, żeby tę aktywność zachować.

Praca, praca i tylko praca

Moim rodzicom zawdzięczam umiejętność pracowania. Wyniosłam z domu wiele „różnych przekonań”, ale znalazło się wśród nich też coś takiego jak pracowitość. Co prawda ona też potrafi wpędzić w chorobę, ale to inny temat. Długo potem musiałam się nauczyć odpoczywać i faktu, że nie samą pracą człowiek żyje. Także jak wszędzie w przyrodzie potrzebna jest równowaga między pracą, a czasem dla siebie i rodziny. Dzięki takiej równowadze praca może dawać wiele satysfakcji.

Praca i pieniądze

Musiałam się utrzymać. Nie miałam wyboru i byłam trochę postawiona pod ścianą. Przynajmniej w mojej głowie. Znacie to uczucie? Dlatego też zawsze po hospitalizacjach, szybko wracałam do starej lub nowej pracy. Teraz wiem, że czasami potrzebny jest dłuższy odpoczynek by zdrowieć, a z drugiej strony to rytm dnia i ludzie w pracy także stawiali mnie w pozytywny sposób na nogi.

Boje się życia

Długo bałam się pójść za swoimi chceniami i intuicją. Dlatego też całkiem niedawno z wolontariackiej pracy społecznej, którą zawsze kochałam i która zawsze towarzyszyła mi w życiu, uczyniłam zawód. Chcę tylko powiedzieć wszystkim tym, co wahają się, co robić w swoim życiu, by nie bali się iść za głosem swojego serca. Praca, która daję satysfakcję i ma się w niej to coś, to flow, to prawdziwy skarb.

Schizofrenia i życie zawodowe? To naturalnie da się połączyć. Wszystko jest uzależnione od indywidualnej sytuacji oczywiście i rynku pracy w jakim funkcjonujemy, ale mam głębokie przeświadczenie, że mierzy się z takimi wyzwaniami także nie jeden „normals”. Możemy pracę traktować jak trudność lub wyzwanie. Decyzja należy od nas i choć czasami będzie trudno, to możemy sobie z wyzwaniami radzić. Wszystkim życzę mniej strachu i pięknej aktywności zawodowej, która daje i pokarm finansowy i ten dla duszy.

Wahasz się, masz wątpliwości zawodowe i chcesz się nimi podzielić – koniecznie napisz do mnie 😊 Zapraszam!

#23 INDYWIDUALNY PLAN KRYZYSOWY – Odpuścić czy zmobilizować się – oto jest pytanie!

Co powinnam zrobić? Droga wróżko, powiedz mi, co się stanie z moim zdrowiem, jeśli zrobię A i co się stanie, jeśli zrobię B. Często A oznacza – spanie. Natomiast B oznacza – działanie. W trudnych chwilach, kiedy naprawdę mamy dość i na nic nie ma siły, a świat jest czarny… itd. W takich chwilach włącz PLAN KRYZYSOWY.

Umów się ze sobą na coś. Bądź przygotowany. Nie kwil i nie utyskuj. Choroba lubi i może wrócić, ale to przecież nie koniec świata, a normalna rzecz dla pilotów z „efką”. Wykwalifikowany pilot ma swój PLAN KRYZYSOWY, czyli fotel z katapultą. Przyjmijmy, że katapulta to yerba mate. Przyjmijmy, że skórzany fotel z kocykiem to ten z kokpitu. Przyjmijmy, że książka i świeczka to część planu kryzysowego. Dzisiaj zachęcam do przyjmowania, robienia założeń, planów oraz po prostu wymarzenia sobie idealnego planu zdrowienia na sytuację kryzysową.

Jak zwykle w takich sytuacjach, a najlepiej zawczasu, zachęcam do odpowiedzenia sobie na kilka pytań. Niech Twoje odpowiedzi przybliżą Cię do Twoich potrzeb i zainspirują do powstania Twojego Indywidualnego Planu Kryzysowego. Taki plan pomoże Ci „coś ze sobą zrobić” podczas kryzysu albo po prostu „gorszego dnia”. Podziel się swoim planem z najbliższymi. To szczególnie ważne, jeśli w trakcie kryzysu, tak jak ja, zamykasz się w sobie. Dzięki znajomości Twojego planu, łatwiej będzie otoczeniu odczytać Twoje potrzeby podczas kryzysu. Zachęcam, bo to działa. Sprawdzone i przebadane na mnie samej. Już nie raz pomogło mi w ciężkich chwilach.

INDYWIDUALNY PLAN KRYZYSOWY

  • Gdzie chcesz teraz być?

Błagam wyjdź z łóżka – zamień je chociażby na fotel, ale niech to nie będzie miejsce w którym śpisz.

  • Co chcesz jeść i pić?

Proszę zadbaj o jedzenie – nawet jeśli nie masz apetytu, to tym bardziej należą Ci się smaczne i ciepłe posiłki, najlepiej Twoje ulubione, porozpieszczaj się trochę jedzeniem.

  • Jak chcesz wyglądać?

Umyj ząbki, szyję – zrób sobie domowe SPA, nawet jeśli Ci się nie chce i nie masz na to siły, możesz mnie naprawdę nie lubić, bo będę nakłaniać Cię do przełamywania bezczynności na rzecz aktywności, domowe SPA to może być prawdziwa przyjemność.

  • Jak chcesz odpoczywać?

Wyjdź na spacer – wiem, wiem że przesadzam, bo to nie lada wyczyn, żeby w trakcie kryzysu pójść spacerować, ale może ktoś bliski zechce Ci potowarzyszyć? Może mu to zaproponujesz?

  • Kogo chcesz mieć przy sobie?

Błagam bądź w kontakcie – kiedy jest za trudno na balansowanie między odpuszczaniem a mobilizacją i nie radzisz sobie na tej linie w pojedynkę, daj znać o sobie swojemu lekarzowi, terapeucie, powiadom bliskich, że pora, aby Cię wsparli.

  • Od czego chcesz odpocząć?

Proszę wrzuć na luz – jeśli potrzebujesz, weź kilka dni urlopu i odpocznij, praca nie zając, nie ucieknie i zobaczysz, że świat się nie zawalił, po Twojej chwilowej nieobecności w pracy.

  • Kto może Cię wesprzeć?

Błagam, skorzystaj z pomocy i towarzystwa specjalistów i bliskich. Nie zamykaj się do środka. Otwórz się na innych.

Z planami problem polega na tym, że trzeba je potem realizować. Natomiast cała radość w tym, kiedy to się uda. Jeszcze o jedno Cię po proszę, nie krytykuj i nie każ się za to, że w gorszych chwilach wymagasz od siebie mniej, albo wszystko sprawia Ci trudność. Każdy, nawet „normals” ma prawo mieć takie dni, dlatego każdy może mieć swój Indywidualny Plan Kryzysowy.

A czy Ty masz taki plan na gorsze dni? Ja lubisz spędzać czas, kiedy jest Ci źle i czujesz się okropnie? Zastanawialiście się nad tym kiedyś? Poradźmy sobie! Zapraszam do wymiany zdań! 🙂

#22 Z Kamilem na #Po Godny Szlak!

Upał! Skwar! Nie ma na nic sił… Tymczasem Kamil pokonuje pogodę! Tymczasem Kamil maszeruje pod górę! Tymczasem #PoGodnySzlak trwa! Weszłam na drogę zdrowienia razem z Kamilem. Ty też możesz do niej dołączyć! Nic prostszego!

Idąc daje nadzieje, że trudności można pokonywać. Wędrując pokazuje, jak ważna jest wytrwałość, motywacja i samozaparcie. Dla mnie wędrówka Kamila #PoGodnySzlak to opowieść o tym, jak można na nowo uwierzyć w siły swoje i innych, jak można pomagać, jak można wspierać… Dlatego zachęcam dziś – rusz z nami na #PoGodnySzlak – i opowiadam o tym, dlaczego to tak ważna akcja.

Kiedy jest Ci źle, bo myślisz: „jestem gorszy”. Kiedy smutek Cię przenika, bo myślisz: „już nic mi się nie uda w życiu”. Kiedy czujesz się bezsilny, bo myślisz: „nie wygram z chorobą, już nic się nie zmieni”. Zapal w sobie #pogodność nadziei. Jak? Sposobów jest wiele. Czasami ten najprostszy wydaje nam się zbyt odległy – jak górski szczyt. Tymczasem można po niego sięgnąć, spróbować iść drogą zdrowienia i zdobyć go.

Jak wiecie jestem pilotem F.20, czyli osobą z doświadczeniem schizofrenii paranoidalnej. Mówię o tym głośno i otwarcie, ale moja droga do tego miejsca jest skomplikowana i zawiła. Może to na swój sposób tłumaczy ilość wpisów na tym blogu 😊. Jednak musicie wiedzieć, że jedną z przełomowych dróg zapalania w sobie nadziei na zdrowie, motywacji, wytrwałości – jest dla mnie pomaganie. Ta zmiana perspektywy – z chorującego na wspierającego – wiele uczy. To trudna lekcja. Można na przykład zobaczyć jakie to czasami trudne. Można też zobaczyć ile zmarnowało się szans, kiedy ktoś nam próbował pomóc. Można wreszcie zrozumieć, jaka to wymagająca sztuka.

Jak zacząć pomagać? Dzisiaj piszę o tym, bo jest ku temu wspaniała okazja. Kamil Lorenz idzie nasz #Po Godny Szlak, czyli mierzy się z ponad 500 km górskim szlakiem specjalnie dla osób po kryzysach psychicznych. Można trzymać za niego kciuki i można mu okazać, że jest się z nim w tych zmaganiach. Jak?

  • Możesz zmienić nakładkę na swoim zdjęciu profilowym na Facebooku
  • Możesz zrobić sobie zdjęcie z #Po Godny Szlak i wrzucić na Facebooka
  • Możesz wpłacić drobną kwotę na stronie POMAGAM na akcję #Po Godny Szlak
  • Możesz zaprosić znajomych i dołączyć do wydarzenia „Rusz z nami na #Po Godny Szlak” na Facebooku
  • Możesz wreszcie codziennie uczestniczyć w warsztatach psychoedukacyjnych na stronie Facebook Fundacji eFkropka

Po co to wszystko? W ten sposób zmieniasz perspektywę i pokazujesz, że wspierasz osoby po kryzysach psychicznie. To taki symbol twojej części, która się nie wstydzi mówić otwarcie: „temat zdrowia psychicznego jest ważny”. Przez swoją aktywność w social media możesz dać wyraz solidarności z osobami doświadczającymi kryzysów psychicznych.

Akcja #PoGodnySzlak ma swoje dwa początki. Po pierwsze Kamil sam zgłosił się do Fundacji eFkropka i wspólnie z nią teraz realizuje ten pomysł. Po drugie już od 4 lat Fundacja eFkropka organizuje Marsze Żółtej Wstążki. Marsze pomogły już zmieniać polską psychiatrię. Więcej o tym tutaj >> Miałam okazję dwukrotnie prowadzić je ulicami Warszawy. Eh! Co to były za emocje! Tymczasem, z powodu pandemii, w tym roku Marsz odbył się w internecie pod hasłem #pogodność, ponieważ w dobrym nastroju maszerujemy po godność w polskiej psychiatrii. Akcja  #Po Godny Szlak jest wakacyjną odsłoną tego ruchu. Zainteresowanych tematem zapraszam na stronę >>

Dla mnie osobiście wyprawa Kamila jest formą spełniania swoich marzeń. Trochę niemożliwe dla mnie szczyty, stają się możliwe i czuje, że jestem gdzieś wysoko na nich. Dziękuję Kamilu! A Was zapraszam do dołączenia do akcji, bo Kamil idzie nie tylko dla mnie, także dla Ciebie! ❤

#21 eFowe Love Books – „Metamorfoza. Czyli terapia jednego spotkania”

Wzięłam tę książkę w ręce z lekkim niedowierzaniem. Terapia i tylko jedno spotkanie? Jestem w terapii od lat! Jak tylko jedno spotkanie może pomóc?! Książka ta jednak zabrała mnie w ciekawą podróż, a podejście nastawione na zmianę odmieniło moje spojrzenie na terapię. Jaką książkę dziś polecam?

Autorką książki „Metamorfoza. Czyli terapia jednego spotkania” jest Ewa Klepacka-Gryz. Ewa, jak ośmielam się po lekturze nazywać autorkę, jest nie tylko autorką wielu poradników psychologicznych, lecz także psychologiem i terapeutką z wieloletnim doświadczeniem. Mówię o niej po prostu Ewa, ponieważ tworzy w książce pewną atmosferę bliskości. Jednym zdaniem: tacy terapeuci są poszukiwani! Między nami pilotami często wymieniamy się informacjami o dobrych lekarzach czy terapeutach. Zatem dzisiaj mówię: pst. Ewa jest moim zdaniem tym dobrym terapeutą.

O czym jest zatem ta książka o przyjemnej atmosferze? To nic innego jak zapis jednodniowych terapii, nazywanych terapią jednego spotkania, wraz z odpowiednim omówieniem i ciekawymi podsumowaniami. Brzmi jak samouczek dla młodych profesjonalistów? Pewno jest w tym szczypta prawdy, że przyszli terapeuci mogą się z takiej książki wiele nauczyć, ale dzisiaj powiem o tym, co trafia do mnie jako pilotki F.20.

Po pierwsze moim zdaniem jest to fascynująca książka, która niejedną, oporną osobę może przekonać do spróbowania doświadczenia, jakim jest terapia. Możemy przeczytać w książce jak wiele różnorodnych problemów poruszanych jest w trakcie terapii. Możemy przekonać się, że choć niekiedy trudna, terapia nie zawsze musi boleć. Możemy wreszcie zobaczyć na przykładach innych ludzi, jaką ulgę przynosi im terapia.

Drugie wartościowe dla mnie doświadczenie i przekonanie wynikające z lektury dotyczy metamorfozy. Ewa, w niemalże magiczny sposób, wyczuwa swoich pacjentów. Odważnie prezentuje w lekturze swój warsztat terapeutyczny, ale jak to się dzieje, że spontanicznie i intuicyjnie potrafi zdefiniować problemy, wierzcie mi, że nadal głęboko się nad tym zastanawiam. W każdym razie to książka dobrach dla tych, którzy chcą uwierzyć, że zmiana jest możliwa i spróbować jej dokonać.

Znacie Yaloma? Może czytaliście jego książkę „Istoty ulotne”? Dla mnie książka Ewy jest właśnie taką skrótową wersją wspomnianej pozycji. Czuć unoszącego się nad książką ducha otwartości, chęci niesienia pomocy i zaangażowania. Jeśli boisz się terapii, nie wiesz, jak zacząć, nie widzisz nadziei na zmianę, planujesz ciągle terapię i nie możesz się na nią zdecydować, chcesz temat terapii oswoić, chcesz zrozumieć bliskiego, który chodzi na terapię, chcesz się nauczyć techniki terapeutycznej jednego spotkania, po prostu sięgnij. Dla każdego coś dobrego w tej książce się znajdzie!

Dla mnie była to ciekawa przygoda, która połączyła moje doświadczenia z gabinetu terapeutycznego i nawet w pewien sposób popchnęła moją terapię do przodu. Ciekawi „Metamorfozy. Czyli terapii jednego spotkania”? Serdecznie polecam tę lekturę!

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij
%d blogerów lubi to: